Bilet bez nazwy miasta, kompas zamiast smartfona i 15 tys. dolarów za to, by zostać porzuconym na środku dżungli. Get Lost od Black Tomato to nie kolejne wakacje w luksusach. To przemyślane i celowe zagubienie, w którym jedynym kompasem jest ludzki instynkt, a wyłączną gwarancją bezpieczeństwa – zespół ukryty kilkanaście kilometrów dalej. Czy warto zapłacić, żeby… się zgubić?
InspirAkcje to cykl prezentujący wyjątkowe miejsca, innowacyjne inicjatywy i niecodzienne wydarzenia z całego świata. Pokazujemy projekty, które mogą stać się inspiracją dla szerokiego sektora leisure. To przestrzeń do czerpania pomysłów, odkrywania trendów i budowania świeżych perspektyw.
Chcesz podzielić się swoim pomysłem? Napisz do nas!
W tym artykule:
Niecodzienna ucieczka przed nudą
Wszystko zaczęło się w 2005 roku od zwykłego, ludzkiego uczucia przesytu. Tom Marchant, James Merrett i Matt Smith – trio przyjaciół z Wielkiej Brytanii – postanowili rzucić wyzwanie skomercjalizowanej branży turystycznej. Mieli dość „oklepanych” wakacji, w których każdy dzień był przewidywalny i aż za bardzo schematyczny. Ich misja była prosta, a zarazem ambitna – usunąć bariery między człowiekiem a światem – co w tamtych czasach w branży turystyki i atrakcji wcale nie było tak dostępne, jak jest dziś.
Zrozumieli, że prawdziwe podróże, te, o których pisał legendarny Bruce Chatwin, powinny nie tylko zapewniać opaleniznę, ale też zapisywać kolejne strony pamiętników. Jednak jak sprawić, żeby współczesny, okropnie przebodźcowany turysta poczuł szczery zachwyt, skoro każdy metr kwadratowy globu ma już swoją pinezkę w Google Maps, a darmowe Wi-Fi dociera nawet do najdalszych zakątków świata?
Branża atrakcji często wpada w pułapkę „dokręcania śruby” – dodawania kolejnych świateł, ekranów i efektów. A przecież największa przygoda ma dziać się w głowie klienta, a nie wokół niego.

Właśnie z tego wniosku narodził się autorski i zupełnie odmienny styl biura podróży Black Tomato. Zespół, który dziś liczy ponad 80 pasjonatów podróży w Europie i USA, przestał planować tradycyjne wycieczki. Zamiast tego zaczął stawiać na scenariusze zupełnie bez planu – tak przynajmniej wygląda to z perspektywy podróżnika. Zamiast pytać klienta o wymarzone kierunki wyjazdu, zaczęli zadawać znacznie trudniejsze pytanie: „Jak chcesz się czuć?”.
Reszta to tylko techniczne detale, nad którymi czuwają ludzie o organizacyjnym zmyśle wręcz… precyzyjnych inżynierów. Dostrzegli, że ludzie, którzy na co dzień trzymają stery w wielkich biznesach, wcale nie szukają złotej klamki. Dla nich największym luksusem jest po prostu odzyskanie frajdy z odkrywania czegoś na własną rękę. Czy w świecie, w którym wszystko jest podane na tacy, można jeszcze poczuć się jak odkrywca (i to nie tylko w przenośni, ale też dosłownie)?
Zgubić się, by odzyskać kontrolę
Właśnie z tej potrzeby wzięło się „Get Lost”. To pomysł, który pozornie może wydawać się „od czapy”, bo stoi w opozycji do standardowych biur podróży. Ten projekt pokazuje, że prawdziwy luksus to stan umysłu, a nie grubość portfela. No dobrze, ale na czym właściwie polega ta niecodzienna koncepcja Black Tomato?
Cały proces zaczyna się od wypełnienia ankiety, która – według opinii uczestników – przypomina bardziej kwestionariusz psychologiczny niż formularz rezerwacyjny. Klient musi zadeklarować, jak bardzo chce się zgubić i jakie środowisko najbardziej do niego przemawia: polarne pustkowia, gęsta dżungla, bezkresna pustynia, surowe góry czy dzikie wybrzeże.
Co ciekawe, to pierwszy i ostatni moment, w którym ma on jakikolwiek wpływ na przebieg wydarzeń. Cała reszta – od celu podróży, przez trasę, aż po logistykę – pozostaje tajemnicą do ostatniej sekundy.
A jak to wygląda w praktyce? Wyobraź sobie, że stajesz na lotnisku, nie wiedząc, czy za kilka godzin będziesz walczyć z wilgocią w Gujanie, czy z mrozem na Svalbardzie. Nie wiesz właściwie… nic. Black Tomato zajmuje się wszystkim, poniekąd uwalniając Cię od ciężaru planowania, ale nakładając na Ciebie ciężar przetrwania – i to dosłownie.
Luksus kontrolowanego ryzyka
Po przylocie i krótkim, ale intensywnym szkoleniu z lokalnymi ekspertami, podróżnik zostaje wywieziony prywatnym helikopterem lub jeepem w głąb dziczy. Tak – dziczy. Tam, wyposażony jedynie w niezbędny sprzęt i technologię nawigacyjną what3words, zostaje sam. Jego jedynym (ale jakże trudnym) zadaniem jest odnalezienie specjalnych punktów kontrolnych i… wydostanie się z pustkowia.
Mimo, że poczucie całkowitego odcięcia od świata to nieodłączny towarzysz podróży, cała wyprawa jest od początku do końca monitorowana przez zespół ekspertów. To tutaj ujawnia się – nazwijmy to wprost – geniusz operacyjny Black Tomato. Klient porusza się zupełnie samotnie, ale jego bezpieczeństwo pozostaje absolutnym priorytetem – każdy krok jest monitorowany przez “niewidzialny” zespół wsparcia.
Dzięki satelitarnej technologii, specjaliści z agencji widzą nawet najmniejszy ruch rozbitka, będąc gotowymi do interwencji w ułamku sekundy – choć takie zdarzają się wyjątkowo rzadko.
Paradoks polega na tym, że produktem jest tu wręcz śmiertelne, ale nadal zupełnie świadome poczucie izolacji, a gwarancją jego jakości jest dyskretny, ale maksymalnie zaawansowany system nadzoru. To coś, na co branża nadal rzadko się decyduje – tak skrajne łamanie schematów potrafi być ryzykowne, ale jednocześnie bardzo opłacalne.

W tym kontrolowanym chaosie podróżnik musi polegać na własnym sprycie. Osoby, które zdecydowały się “świadomie zgubić” określają to doświadczenie jako terapeutyczne, bo zmusza mózg do wejścia w tryb „tu i teraz”. Relaks w tym wydaniu jest daleki od tego, do czego przywykliśmy, żyjąc w świetnie przesyconym technologią i możliwościami.
Wycieczka z Get Lost to poniekąd realna walka o przetrwanie – tak angażująca, że stres życia codziennego odchodzi w niepamięć. Ale co dzieje się wtedy, gdy taka podróż staje się… czymś więcej, niż tylko wakacyjną przygodą?
Dlaczego trudne wspomnienia sprzedają się najlepiej?
Dla wielu uczestników to doświadczenie staje się poniekąd punktem zwrotnym w życiu. Esther Spengler – mama z Teksasu, zmagająca się z depresją poporodową i utratą własnej tożsamości – zapłaciła 15 tys. dolarów(!), żeby zostać porzuconą w górach Atlas w Maroku. Przez trzy dni szła przez nieznane i – jak sama mówi – mierzyła się z własnymi słabościami. Nie szukała odpoczynku. Wręcz przeciwnie – chciała poczuć emocje, których nie doświadczała na co dzień. Kiedy w końcu zobaczyła pierwsze ślady cywilizacji, wcale nie poczuła ulgi. Czuła… niedosyt.
Esther wróciła do domu z nową wizją siebie. To doświadczenie dało jej siłę, by służyć w wojsku i wychodzić poza strefę komfortu, której poziom – nomen omen – zdecydowanie wzrósł.
Ta historia – jak i wiele doświadczeń innych uczestników – to najlepszy dowód na to, że w branży atrakcji nadal pozostaje miejsce na nowe, zupełnie inne możliwości. Takie, które przy odpowiednim pomyśle mogą pełnić funkcję nie tylko rekreacyjną, ale też potężnego narzędzia transformacji osobistej.

W dzisiejszym świecie, przesyconym nadmiernym perfekcjonizmem i ogromną presją, przyzwyczailiśmy się do dbania o każdy detal komfortu. Black Tomato stoi temu na przeciw, a jego sukces bierze się z zupełnie innej strony – z celowego rzucania kłód pod nogi. Bo – umówmy się – nikt nie wspomina wakacji, na których wszystko było idealnie. Wspominamy te, w których musieliśmy się spocić i ubrudzić, albo te, w których emocje brały górę.
Jeśli nowoczesna atrakcja ma nas czegoś uczyć, to właśnie tego, że największą frajdę daje wyjście z własnej strefy komfortu – nawet jeśli bilet na tę 'przyjemność’ kosztuje małą fortunę. Wspólne pokonywanie trudności wiąże klienta z marką znacznie mocniej niż nawet najwyższy standard obsługi czy luksusowy apartament. Nie bez kozery motto Black Tomato brzmi:
Czasem trzeba się zgubić, żeby naprawdę odnaleźć siebie”
















Dodaj komentarz
Musisz się zalogować, aby móc dodać komentarz.