Larpy nie są jeszcze w mainstreamie branży rozrywki, ale przestały już być doświadczeniem hermetycznym. – Polska jest w światowej czołówce, zarówno pod względem rozwoju środowiska larpowego, jak i profesjonalnej branży jako takiej – podkreśla Jakub Krassowski, założyciel studia LarpVenture produkującego gry fabularne. Współpracują już z markami takimi jak CD PROJEKT RED i 11 bit studios, a w gronie klientów mają duże firmy i korporacje. O pasji do gier i o biznesie larpowym rozmawiamy z LarpVenture: CEO Jakubem Krassowskim i Anną Wiśniewską, wspólniczką i dyrektorką marketingu.
Łukasz Jadaś: Pamiętacie swoje pierwsze larpy?
Anna Wiśniewska: To było ponad dekadę temu, więc już ledwo! Pamiętam, że miałam wolny weekend, i odbywał się lokalny festiwal fantastyki. To była malutka gierka dla kilku osób na szkolnej sali. Pomyślałam: spróbuję.
Przyszłam właściwie tylko po to, żeby poobserwować. Chciałam zobaczyć, jak to wygląda w praktyce. Ale już po godzinie patrzenia na uczestników zaczęłam żałować, że nie przyszłam jako graczka. Zawsze ciągnęło mnie do aktorstwa, należałam do kół teatralnych. Do tego dochodziła fascynacja fantastyką, zamiłowanie do czegoś nietypowego, ciekawość. Wszystko pasowało.
Porównując to z dzisiejszymi larpami, muszę powiedzieć, że postęp jest ogromny.

Jakub Krassowski: W moim przypadku wszystko zaczęło się od fascynacji fantastyką, grami RPG i planszówkami. Trafiłem na festiwal, na którym odbywały się sesje RPG. Zapisałem się wtedy na grę, której opis przykuł moją uwagę. Dotyczyła tego, jak przetrwać po apokalipsie — temat zawsze bliski moim zainteresowaniom, również przez gry komputerowe o podobnej tematyce.
Zajmowałem się też wcześniej rekonstrukcją historyczną, więc okazało się, że w larpach łączą się wszystkie moje pasje: odgrywanie ról jak w RPG, elementy fantastyki, ale też możliwość wcielania się w postaci z prawdziwego świata. Wszystko to znalazło wspólny mianownik właśnie w larpach.
Od momentu, gdy je odkryłem, większość moich innych wcześniejszych hobby zeszła na dalszy plan. Larpy dają mi ekspozycję na przeróżne doświadczenia, przygody i światy. Pozwalają zanurzyć się w tysiącach różnych żyć.
CZYTAJ TAKŻE: Uczestnicy „The Traitors. Zdrajcy” stworzyli grę przygodową. „Cudowny event psychologiczno-integracyjny” [WYWIAD]
Co sprawiło, że z tego hobby powstało LarpVenture – studio, która profesjonalnie zajmuje się tworzeniem larpów?
Jakub Krassowski: LarpVenture działa już od trzech lat, ale ja osobiście organizuję larpy znacznie dłużej – w sumie od ponad szesnastu lat. To zaczęło się od zwykłej ciekawości: „zróbmy coś i zobaczmy, czy potrafimy”. Potem pojawiła się myśl: „pokażmy innym, że potrafimy to robić lepiej”.
W pewnym momencie przyszedł ten próg, kiedy stwierdziliśmy, że nie ma sensu bać się poprosić o pieniądze za to, co robimy. Nie tylko po to, by pokryć koszty wydarzenia i wynagrodzić współpracowników, ale też by zapłacić tym, którzy faktycznie je tworzą.
To właśnie moment, w którym hobby przechodzi w etap profesjonalizacji. I myślę, że to dzieje się w wielu dziedzinach — od pewnego punktu pasja zaczyna wymagać nie tylko zaangażowania. Bo to, co robimy, wymaga nie tylko kapitału na całą fizyczną stronę wydarzenia, ale też bardzo solidnego kawałka umiejętności: zarówno storytellerskich, jak i organizacyjnych.
A czy nie pojawiło się ryzyko, że kiedy zamienicie hobby w pracę, to przestanie ono dawać Wam radość?
Anna Wiśniewska: Nie czuję tego. Wręcz przeciwnie. Dołączyłam do LarpVenture jako wspólniczka i właśnie takie poczucie sensu tego, co robimy, było głównym impulsem. Dla mnie to ogromna motywacja. Zauważyłam, że odkąd zaczęłam na poważnie pracować przy swoim hobby, praca w korpo przestała być satysfakcjonująca. Choć to, co robimy tutaj, bywa trudniejsze – wymaga więcej czasu, emocji i energii – to jednak ta satysfakcja niefinansowa jest ogromna. Dla mnie to wystarczający powód, by robić to zawodowo.

Minęło więc kilkanaście lat od waszych pierwszych larpów. Jak zmienił się w tym czasie larpowy świat w Polsce? Jak porównujecie tamte początki do dzisiejszych eventów?
Jakub Krassowski: Polska zmieniła się ogromnie, więc i całe otoczenie, w którym larpy się rozwijają, również przeszło rewolucję. Zaczynaliśmy od bardzo prostej, umownej formy spędzania czasu: „te dwa drzewa to brama, a tu będą pola bitewne”. Dziś larpy to zupełnie inny poziom. To coś, co możesz zobaczyć, dotknąć, powąchać, usłyszeć. Wyglądają i brzmią jak inne światy.
Zamożność Polaków też wzrosła, a wraz z nią chęć do tworzenia i przeżywania pamiętnych, spektakularnych doświadczeń. Kiedyś na przykład uczestnikom wystarczały proste stroje, a teraz gracze inwestują spore sumy w kostiumy i rekwizyty. Często jeżdżą na kilka wydarzeń rocznie, spędzają w ten sposób wiele weekendów. To nie jest już więc jednorazowy wypad na larp, ale stałe hobby angażujące mnóstwo czasu.
CZYTAJ TAKŻE: „Dla zarządcy parku rozrywki sklep to nie atrakcja, to narzędzie pracy” [ROZMOWA]
Na przestrzeni lat larpy ewoluowały od skromnych początków do samodzielnej dziedziny sztuki i całkiem poważnego rynku. Siłą rzeczy poziom tych doświadczeń poszybował. Jako LarpVenture od początku stawialiśmy sobie wysoką poprzeczkę – chcieliśmy oferować coś wyjątkowego.
Czy są szacunki wartości rynku larpów — lokalnie w Polsce, regionalnie w Europie albo globalnie?
Jakub Krassowski: Organizacje takie jak nasza — a w Polsce można je policzyć na palcach jednej ręki — próbują robić takie szacunki. Branża jest jeszcze na tyle młoda, że liczby mogą się jednak różnić. Jedno jest pewne: mamy między 20. a 50. tysięcy osób w Polsce, które zetknęły się z larpami i wzięły w nich udział.
W Europie mówi się o kilkuset tysiącach entuzjastów. Na innych kontynentach dane są jeszcze trudniejsze do oszacowania.
Są kraje, gdzie larpy mają ogromne wsparcie publiczne – np. w Danii sektor ten generuje kilkadziesiąt milionów euro rocznie. W Polsce ostrożnie szacujemy wartość branży na kilkanaście milionów złotych. To wciąż nisza, ale z potencjałem. Podobnie jak inne immersyjne rozrywki, które kiedyś też zaczynały skromnie.

Czy w ciągu tych kilkunastu lat Polska musiała gonić inne kraje w rozwoju larpów?
Jakub Krassowski: Śmiało możemy powiedzieć, że Polska jest w czołówce świata — zarówno pod względem rozwoju środowiska larpowego, jak i profesjonalnej branży. A przez większość ostatnich 15 lat Polska była krajem docelowym dla międzynarodowych larpowiczów, którzy chcieli organizować eventy lub przyjeżdżać na te organizowane u nas.
Dlaczego?
Jakub Krassowski: Relatywnie niskie koszty – pracy, wynajmu miejsc takich jak zamki, bunkry czy pałace – czyniły nas atrakcyjniejszymi ekonomicznie niż kraje starego Zachodu. Polska stała się jedną z głównych destynacji turystyki larpowej. To pomogło w profesjonalizacji. Organizujemy mnóstwo międzynarodowych larpów, a doświadczeni gracze jeżdżący po Europie z dużą dozą prawdopodobieństwa byli i gral już w Polsce. Zdarzają się w Polsce larpy, na których tylko 10 proc. uczestników to Polacy.
Opracowaliście w firmie swój własny kodeks postępowania i wspominacie w nim o zasadzie „not for profit”. Co to oznacza i jaka jest misja LarpVenture?
Jakub Krassowski: Jesteśmy podmiotem ekonomii społecznej. W statucie spółki jasno zapisaliśmy zasadę “not for profit”, co oznacza, że zysk z działalności nie może być przeznaczony na dywidendy dla udziałowców. Organizacja może i powinna osiągać zyski, ale służą one realizacji celów społecznych. To np. opłacanie pracowników, inwestycje w rozwój.
W umowie spółki mamy precyzyjnie opisane nasze cele społeczne. Naczelnym jest popularyzacja larpów jako sposobu spędzania czasu. To podstawowe założenie, wokół którego wyrosły wszystkie inne zasady.

Anna Wiśniewska: Wszystkie te wartości sprowadzają się do jednej rzeczy: ludzie są dla nas najważniejsi.
W środowisku larpowym przez lata obserwowaliśmy problem wypalenia twórców, którzy pracowali pro publico bono, często pod ogromną presją oczekiwań. Własnych i społeczności. Nawet jeśli larpy były zrobione dobrze, to kosztowały ich twórców tyle czasu i emocji, że wielu rezygnowało. Nasze zasady mają to zmienić.
Po pierwsze podkreślamy: larpy są ważne, ale ludzie są ważniejsi. W praktyce oznacza to np. że lepiej przesunąć termin gry niż “zajechać” twórców. To, że coś nie zostanie dowiezione na czas, jest mniejszym kosztem niż to, że ktoś ma się wypalić w pracy. Jako LarpVenture monitorujemy na bieżąco dobrostan twórców, oferujemy pomoc i bierzemy na siebie m.in. komunikację z graczami. Jesteśmy buforem między twórcami a oczekiwaniami uczestników.
Po drugie: ważne są larpy wysokiej jakości. To oczywiście różni się od projektu do projektu. Czasami coś wymaga poprawek i wyciągamy z nich naukę – zwłaszcza, gdy są to pierwsze edycje danej gry. Najczęściej jednak oceny graczy są pozytywne. Współpracownicy do nas wracają, a jest to ponad 100 osób rocznie.
CZYTAJ TAKŻE: Coś więcej niż „Netflix na mieście”. Kina personalizowane zamiast kanapy w domu [InspirAkcje]
LarpVenture tworzy gry i sprzedaje bilety graczom, ale źródłem dochodu jest też współpraca z firmami, dla których tworzycie larpy. Załóżmy, że jako firma chciałbym stworzyć taką grę. Co muszę wiedzieć na początek i jak przebiega pierwsza rozmowa na ten temat?
Jakub Krassowski: Szybko ustalamy wzajemne potrzeby i typ projektu. Np. czy to larp integracyjny dla konkretnej grupy w firmie, czy też oprawa większego eventu: główne wydarzenie konferencji, targów albo akcja promocyjna np. w galerii handlowej lub innych przestrzeniach. Mamy już sporo udanych realizacji tego typu.
Potem definiujemy cel, ustalamy, czy to gra zamknięta czy otwarta dla dużej publiczności, i przechodzimy do działania. Przygotowujemy koncepcję gry, ustalamy tematykę z uwzględnieniem ewentualnych ograniczeń, tworzymy scenariusz, scenografię, a czasem osobną aplikację mobilną.
Finalnie zatrudniamy aktorów, zapewniamy rekwizyty, kostiumy, czasem także efekty specjalne, i prowadzimy grę.
Zawsze powtarzam, że wspaniałym “efektem ubocznym” larpa są najlepsze zdjęcia, jakie ludzie mają potem na swoich profilach social mediowych. No bo umówmy się – to co robimy, bardzo często wygląda jak widowiskowe sceny z filmów.

Jakie cele chcą osiągnąć Wasi klienci larpami?
Jakub Krassowski: To zależy od segmentu, o którym mówimy. Larpy dają unikalne możliwości tworzenia pamiętnych doświadczeń, które budują bardzo dużą, pozytywną asocjację z marką, miejscem, organizacją, która stoi za tym wydarzeniem.
Są też, można powiedzieć, czymś, co w branży nazywa się eventem butikowym. To znaczy takim niepowtarzalnym, skrojonym zawsze na miarę, dopasowanym do miejsca, czasu i okoliczności, potrzeb i celów klienta. To tworzy emocjonalne atrybucje, których nie sposób uzyskać innymi metodami.
W przypadku wydarzenia integracyjnego larpy to taki magiczny sposób, by zespół, który bierze udział w grze, zyskał wspólne, niezapomniane przeżycia – dobre, poruszające, zmieniające perspektywy na wiele rzeczy. Takie ważne momenty, dzięki którym zespoły w firmie powstają i umacniają się dużo szybciej, stają się dużo trwalsze i zintegrowane.
Od czego zależy wycena gry?
Jakub Krassowski: Czynników jest kilka. Bardzo dużo zależy od rzeczy bardzo podstawowych. Jak długie będzie doświadczenie: czy to będzie gra, która dla uczestnika trwa godzinę, czy trwa trzy dni? Czy będzie to wydarzenie bardzo kostiumowe?
Kostiumy są zwykle dużą częścią budżetu, jeśli musimy je zapewnić dla wszystkich uczestników. Scenografia i sam scenariusz może być kosztowny, jeśli robimy grę jednorazowo na bardzo niedużej grupy ludzi. Natomiast im większa gra, im dłuższa gra, im więcej uczestników, im więcej innych rzeczy się dzieje, tym bardziej sam scenariusz już staje się kosztem takim marginalnym.
Jesteśmy w stanie robić eventy integracyjne już od kilkunastu tysięcy złotych. Większe eventy reklamowe związane są z kosztami od kilkudziesięciu do 200 – 300 tys. zł.

Co dzieje się po zakończonej grze? Jak wygląda ocena efektów larpa?
Jakub Krassowski: Stosujemy kilka metod ewaluacji. W larpach organizowanych dla uczestników mamy wystandaryzowany formularz, w którym zbieramy informacje zwrotne i ocenę punktową. W eventach integracyjnych i promocyjnych kluczowym czynnikiem jest frekwencja oraz zaangażowanie uczestników. Feedback od graczy w przypadku integracyjnych zbieramy w usystematyzowany sposób. Wiemy dokładnie, np. ile osób w ciągu weekendu bierze udział w grze w galerii handlowej czy na targach i ile czasu spędzają w naszej grze.
Kto właściwie w Polsce gra w larpy? Kim jest wasz główny gracz?
Jakub Krassowski: Naszymi klientami są przede wszystkim osoby pełnoletnie. Jeszcze się nie pokusiliśmy o organizację larpów dla nastolatków – ze względu na związane z tym administracyjne obowiązki. Przekrój wieku to więc mniej więcej od czasów końca liceum i studiów do wieku emerytalnego. Gra bardzo dużo osób w wieku 35-50 lat.
Anna Wiśniewska: Dużo jest osób uczestniczy w grach solo — zwykle nie ma dużych grup po kilkanaście, kilkadziesiąt osób, które umawiają się i wołają „jedziemy wszyscy naszą 25-osobową ekipą”.
Najczęściej przyjeżdżają małe grupki: dwie, trzy, cztery, pięć osób, które znają się z poprzednich wydarzeń albo dogadały się w trakcie przygotowań do larpa i organizują wspólny dojazd. Budują w ten sposób nowe więzi, nowe relacje i znajomości.
Jeśli zaś chodzi o to, kim są gracze, to bardzo szeroka grupa: są w niej studenci, lekarze, prawnicy, pracownicy IT, biolodzy, chemicy — przeróżne branże, doświadczenia.

Czy udział w larpach wymaga jakiegoś specjalnego przygotowania? Trzeba mieć zacięcie aktorskie, znać świat uniwersum, do którego wkraczamy? Można wejść i zagrać “z ulicy”?
Anna Wiśniewska: Myślę, że przede wszystkim trzeba się po prostu odważyć. Z zewnątrz może się wydawać, że potrzebne są jakieś niezwykłe umiejętności, ale w praktyce wygląda to zupełnie inaczej.
Kiedy już ktoś wejdzie w klimat gry, nikt nie ocenia go, czy bardzo „dobrze” odegrał rolę. Wszyscy są tak zaangażowani w historię, że przestają myśleć w tych kategoriach. Po prostu wchodzą w interakcję jako postacie, a nie gracze.
Nie trzeba też być osobą szczególnie ekstrawertyczną. W larpach jest miejsce zarówno dla tych, którzy lubią grać wyraziste, przywódcze role, jak i dla osób bardziej introwertycznych, które wolą przeżywać wydarzenia w swoim rytmie, w pobocznych wątkach. Nie istnieje jeden „właściwy” typ osobowości do larpowania — każdy może znaleźć w tym coś dla siebie.
CZYTAJ TAKŻE: Znamy główną arenę IV Forum Atrakcji PARKMAG. Branża rozrywki spotka się w Aqua Resort w Międzyzdrojach
Odgrywanie ról bywa trudne dla osób, które nigdy wcześniej tego nie próbowały?
Jakub Krassowski: Trudne tak trudne,, jak trudna potrafi być dobra zabawa. To coś, co przychodzi intuicyjnie. Jako dzieci wszyscy się bawimy, wymyślamy historie i postacie – a przecież dorośli też lubią się bawić. I też wcielać się w różne role.
Robimy teź w innych pasjach, które pozwalają nam na chwilę „wejść w rolę”. Weźmy choćby motosport — kiedy ktoś wsiada do samochodu i prowadzi na torze, też przyjmuje pewien rodzaj postawy, wchodzi w konkretny mindset. Larpowanie działa podobnie: jeśli masz w sobie chęć do zabawy, wszystko przychodzi bardzo naturalnie.
Anna Wiśniewska: Dla mnie to też sposób na przełamanie stereotypu „nerda z piwnicy”, który stroni od kontaktów społecznych. W społeczności larpowej rzeczywiście jest wielu ludzi, których można określić jako “nerdów” ze wzgledu na ich zainteresowania czy pasje, ale są to osoby bardzo towarzyskie. Spotykamy się w weekendy, gramy, potem rozmawiamy, imprezujemy, spędzamy razem czas. To wspaniałe obserwować, jak ten świat integruje i pokazuje, że pasje takie jak larpy nie zamykają nas w sobie, tylko wręcz przeciwnie – otwierają na innych.
Gracze wracają na kolejne wasze larpy?
Anna Wiśniewska: Gracze z nami zostają. Doceniamy osoby, które są z nami wiele razy. Staramy się, żeby każdy, kto jest z nami trzeci, szósty czy dziewiąty raz, dostawał od nas jakiś drobiazg, który to upamiętnia.
Jakub Krassowski: I widzimy, że są osoby, które trzymają się swojego klimatu – na przykład jeżdżą na nasze gry cyberpunkowe. Ale są też tacy – i myślę, że to jest większość – którzy doświadczyli jednego rodzaju larpa i chcą zobaczyć, jak jest w innym świecie. Korzystają z tego, że to jest tak bardzo różnorodna forma spędzania czasu, że można do jednej roli zagłębić się w jakieś zakurzone księgi, a w innej biegać po poligonie z karabinem.

Czy informujecie graczy o ewentualnych mocnych bodźcach w grze – dźwiękach, zapachach czy wizualizacjach? Myślę tu np. o osobach neuroatypowych, dla których może to być istotna informacja.
Jakub Krassowski: Dokładnie tak. Mamy wśród współpracowników osoby, które są bardzo świadome albo też są wyszkolonymi profesjonalistami w zakresie edukacji. Są dużo bardziej wrażliwe i świadome ograniczeń, z którymi borykają się osoby neuroatypowe. Zwracają uwagę na bardzo konkretne rozwiązania. Chodzi o formę, długość, nawet kolorystykę materiałów, którymi się posługujemy, oraz o to, co w samym doświadczeniu może być trudne dla osób o różnych potrzebach.
CZYTAJ TAKŻE: Różnorodność się opłaca. Sektor atrakcji odkrywa potencjał neuroatypowych pracowników
Staramy się wychodzić naprzeciw tym potrzebom — choćby umożliwiając wyjście z gry, zapewniając przestrzeń, w której gra się nie odbywa. To moment wytchnienia dla osób, które bardzo chcą uczestniczyć w intensywnym, emocjonalnym, nakręcającym, immersyjnym doświadczeniu, ale nie zawsze mają wytrzymałość, żeby brać w nim udział non-stop przez kilka długich godzin.
Immersja to modne słowo, które dziś jest właściwie w każdej dyskusji o rozrywce. Jakie metody pomagają wam “zanurzyć” graczy w waszych światach?
Anna Wiśniewska: Sięgamy do różnych zmysłów. Począwszy od warstwy wizualnej, w której np. zakrywamy nieklimatyczne, współczesne elementy krajobrazu. Dbamy też o odpowiednią oprawę muzyczną. Czasami jest to klimatyczny gramofon. A czasem to zespół grający na dawnych instrumentach.
Zdarza się, że budujemy klimat zapachem. Na jednej z naszych gier używaliśmy dużo lawendy jako fabularnego i immersyjnego elementu. Gramy też jedzeniem. I nie tylko tym, jakie to jedzenie, ale również tym, w jaki sposób się je spożywa.
Jakub Krassowski: Jeśli chcemy np. zrobić ucztę na królewskim zamku, to wykluczone jest organizowanie posiłków w formie szwedzkiego stołu. Jedzenie musi być odpowiednio zaprezentowane, np. na ogromnych tacach. Nie podamy wtedy współczesnej kuchni molekularnej, tylko potrawy, które – nawet jeśli same nie są potrawami stricte historycznymi, pasującymi do okresu czy miejsca – przynajmniej są inspirowane są takimi okresami. Podamy je w określony sposób, w określonym czasie i miejscu.
Robimy coś jeszcze — staramy się kierować oczy naszych uczestników w te miejsca, które podnoszą ich doświadczenie. Nie zawsze możemy zasłonić miejski krajobraz, ale zawsze możemy odwrócić od niego uwagę, tak żeby efekt immersji był osiągnięty zanurzeniem w historię, w postać, wrażeniami sensorycznymi.

Anna Wiśniewska: Staramy się, by nawet ekipa nasza techniczna — zwłaszcza foto i wideo — mimo swojej współczesnej roli, wpisywała się w realia świata gry. Jeśli organizujemy larpa osadzonego w realiach wojskowych, operatorzy mają mundury. Jeżeli to larp średniowieczny, to staramy się, by mieli własny kostium lub przynajmniej płaszcz w odpowiednim stylu. Dzięki temu, choć w rękach trzymają aparat, z daleka stapiają się z tłumem graczy i nie zaburzają wrażenia spójności świata.
To jest taka „wisienka na torcie”. Pomagamy uczestnikom wzajemnie budować i utrzymywać immersję. Kluczowy jest tu wspólny wysiłek wszystkich, by utrzymać iluzję świata gry. Wszyscy zgadzamy się, że wchodzimy do innej rzeczywistości — dlatego unikamy współczesnych elementów jak telefony czy rozmowy o piłce nożnej.
Chodzi o to, by uczestnicy mogli w pełni zanurzyć się w świecie larpa, bez konieczności konfrontowania się z naszą codziennością czy współczesnością podczas gry.
CZYTAJ TAKŻE: Podwyżka cen biletów bez katastrofy wizerunkowej. Jak komunikować zmiany?
Dzięki współpracy z CD PROJEKT RED organizujecie larpy w świecie “Wiedźmina” i gry “Cyberpunk 2077”. To już właściwie ikony popkultury. Lubianą marką jest też “Frostpunk” od 11 bit studio. Czy zauważyliście wzrost zainteresowania larpami dzięki takim mocnym i powszechnie znanym tytułom?
Anna Wiśniewska: Wiedźmin to trochę nasze dobro narodowe. Moim zdaniem powinniśmy wykorzystywać to uniwersum i rozwijać je na różne sposoby. Larp jest jednym z nich.
Teraz, gdy wiemy coraz więcej o czwartej części gry, temat staje się coraz bardziej gorący, coraz częściej obecny w rozmowach. I rzeczywiście, zauważyliśmy wyraźnie, że odwołanie się do tak rozpoznawalnych marek jak Wiedźmin czy Cyberpunk bardzo zwiększyło zainteresowanie larpami.
Tylko w ostatnim czasie do naszej społeczności fanów na Facebooku dołączyło ok. 800 nowych osób. Dużym zainteresowaniem cieszy się też nasz pierwszy larp cyberpunkowy. Widzimy więc, że docieramy do ludzi, którzy zainteresowali się larpami dzięki uniwersum — to ono jest dla nich punktem wyjścia. Chcą eksplorować świat, który już znają i kochają
Jak to wygląda w liczbach? Potwierdzenie wpływu popularnych IP na frekwencję?
Anna Wiśniewska: Jesteśmy już blisko tysiąca klientów. W tym roku, tylko na pierwsze półrocze, mamy potwierdzonych siedem eventów, z czego ponad 60 uczestników to osoby, które po raz pierwszy zagrają w larpa.
Ten efekt udało się osiągnąć głównie dzięki znanym uniwersom – larpom opartym na markach Cyberpunku i Frostpunku z 11 bit studios. Przyciągają one przede wszystkim graczy, którzy dotychczas mieli kontakt głównie z grami wideo, ale nigdy wcześniej nie larpowali.
Nasza oferta jest jednak bardzo różnorodna — od światów cyberpunkowych po średniowieczne czy wojskowe. Szczególnym projektem jest militarny larp, do którego zakupiliśmy prawie sto prawdziwych, wełnianych mundurów szytych w Polsce. Udostępniamy je uczestnikom. To historia fikcyjna,, ale mocno rezonująca z polskimi emocjami — opowieść o walce o wolność i sprzeciwie wobec zaborczej władzy. Widać, że uczestnicy mocno przeżywają tę narrację.

Larpy robią się trochę mainstreamowe? Wyszły już “z piwnic”?
Anna Wiśniewska: Potencjał jest naprawdę ogromny. Zwłaszcza że larpy oferują bardzo różnorodne światy i doświadczenia, dzięki czemu każdy może znaleźć coś dla siebie.
To nie jest jeszcze mainstream i pewnie długo nimi nie będzie, ale sam fakt, że coraz więcej osób wie, czym są larpy, to dla mnie bardzo pozytywny sygnał. Coraz częściej, kiedy opowiadam o naszej działalności, nie muszę już tłumaczyć od podstaw, na czym to polega. Ludzie mówią: “słyszałem”, „widziałem”, „znajomy opowiadał”. To pokazuje, że świadomość tego, czym jest larp, zaczyna się przebijać do szerszej publiczności.
Oczywiście w skali ogólnospołecznej nadal jest to zjawisko niszowe, ale widzę dużą zmianę. Ludzie mają już pewne podstawowe pojęcie o larpie i to bardzo cieszy. Ktoś usłyszy o larpie, poszuka o nim czegoś w Google, zaciekawi się, i może od tego zacznie się przygoda.

© 2026 Parkmag.pl. Materiał chroniony prawem autorskim – wszelkie prawa zastrzeżone. W przypadku wykorzystania fragmentów tekstu wymagane jest podanie źródła.












