Często słyszę pytanie: „Jak pracować z rodziną?”. To jedno z najtrudniejszych pytań w naszej branży. Wielu odpowie: „Rozdzielić ich! Dzieci na prawo, rodzice na kawę”. Ale czy na tym polega misja rodzinnego parku? Uważam, że nie do końca.
Prawdą jest, że dzieci bez rodziców często szybciej „puszczają się spódnicy mamy” i są bardziej otwarte. Prawdą jest też, że w stadzie może być tylko jeden przewodnik. Ale sztuka polega na tym, by Animator był tym przewodnikiem tylko na początku – by pokazał zasady gry, a potem przekazał pałeczkę rodzicowi.
Bo największym problemem współczesnych rodzin nie jest brak miłości, ale brak wspólnego języka zabawy i brak granic. Wielu rodziców, w dobrej wierze, programuje swoje dzieci na „Małych Książąt”, którym wolno wszystko.
Pamiętam jedne urodziny w domu klienta – tego nie da się zapomnieć!
Solenizant, 10-latek, dostał w prezencie łuk. Prawdziwy, nie zabawkę. Na „dzień dobry”, w ramach polowania, które urządził sobie z kolegami, wycelował i strzelił do mnie. Nie żartuję. Uratowało mnie to, że jako „Wiedźmin” miałem na sobie autentyczny kostium ze skóry dzika (bo lubię jak jest autentycznie).
Kiedy wyjąłem ostry grot wbity w plecy mojego stroju, dotarło do mnie, że gdybym był w zwykłym T-shircie, to i ten felieton mógłby nigdy nie powstać.
Matka chłopca przeprosiła i zabrała łuk, ale nie wyczułem w tym głębszej refleksji. Dla niej to była tylko „zabawa”. Dla mnie – dowód na to, o czym w swoich pracach naukowych pisze moja kuzynka, Sonja Breinholst z Uniwersytetu w Kopenhadze. Jej badania wskazują jasno: dziecko potrzebuje granic, by czuć się bezpiecznie. Dziecko „puszczone samopas”, bez jasnych zasad, wcale nie jest szczęśliwe. Jest zagubione, a jego agresja to często wołanie o strukturę.
Wtedy, z tym grotem w ręku, przejąłem grupę twardą ręką. Chłopiec był w szoku. Jego „poddani” (koledzy), których wcześniej terroryzował humorami, nagle zobaczyli, że jest ktoś silniejszy – Animator z zasadami. Co się stało? Chłopiec, widząc, że traci posłuch i że zabawa toczy się według reguł, uległ presji grupy. Zrozumiał, że aby się bawić, musi współpracować. Pod koniec imprezy nie chciał mnie wypuścić. Powiedział, że to były jego najlepsze urodziny.
Dlaczego o tym piszę? Bo to jeden z kluczy do roli Animatora.
W tamtej chwili musiałem przejąć ster, by wpłynąć na dalszy ciąg wydarzeń. Poszedłbym dalej w tych rozważaniach: w takich sytuacjach nie tylko ratujemy siebie, ale i całe wydarzenie. Naszym celem nie jest zabranie dzieci rodzicom. Naszym celem jest przedstawienie rodzicowi alternatywy, danie mu możliwości. Rodzic często nie wie, jak się bawić z dzieckiem, powielając utarte schematy: klauna, maskotki, baloników i słodyczy. Żeby była jasność myśli: Animator nie mówi „Patrzcie na mnie, ja jestem gwiazdą”. Jego rolą jest stworzenie bezpiecznej przestrzeni i powiedzenie: „Teraz Ty spróbuj”.
Kiedy rodzic widzi, że jego dziecko reaguje na zasady, że świetnie bawi się w określonych ramach – przestaje się bać. Zdejmuje zbroję. Wtedy następuje ten magiczny moment transferu: Animator robi krok w tył i mówi do rodzica: „Teraz Twoja kolej. Wiesz już, jak i w co się bawić. Zostań Mistrzem Zabawy dla swojego dziecka”.
I wiecie co?
Rodzicom jest wtedy łatwiej. Bo dostali instrukcję obsługi przygody. Wprowadziliśmy ich do naszego świata, by mogli go przeżywać razem, a nie osobno.

Konrad Dzięcielewski: autor Parku Dolina Skrzatów, scenarzysta, twórca gier miejskich i planszowych. Trener animatorów i twórca koncepcji animacyjnych. Artysta, rzemieślnik. Praktyk z 25-letnim stażem w parkach rozrywki w Polsce i Danii, który swoją drogę zawodową zaczynał od harcerstwa i teatrów improwizacji. Studiował na wydziale Nauk o Wychowaniu na Uniwersytecie Łódzkim. Jego unikalne podejście do animacji jako „Imagineeringu Emocji” wywodzi się z osobistych doświadczeń – wychowany przez głuchoniemych rodziców, stał się ekspertem w komunikacji niewerbalnej i czytaniu emocji odbiorcy. W swojej pracy walczy z bylejakością, promując animację jako sztukę „Ożywiania” relacji i przestrzeni.
Kontakt: skrzatolog@gmail.com


