We wrześniu odwiedziłem niemiecki Phantasialand. Zdaniem ChataGPT to drugi najpopularniejszy park rozrywki u naszych zachodnich sąsiadów. Opinia AI to jedno, a druga sprawa to moje odczucia, które od początku sugerowały, że Phantasialand to miejsce wielu „naj”. „Największy, najszybszy i najładniejszy”. O co dokładnie chodzi? Wyjaśnię w tekście.

Phantasialand perłą zabytkowego Brühl

Miejscowość Brühl to małe, 40-tysięczne miasto, które dumnie prezentuje swoje pałace (Augustusburg i Falkenlust) wpisane na listę UNESCO. To również dom słynnego surrealisty Maxa Ernsta i przede wszystkim miejsce, w którym znajduje się Phantasialand.

Phantasialand
Fot. Materiały własne (Phantasialand znajduje się w miejscowości Brühl)

Zacznijmy od początku. Kompleks powstał 30 kwietnia 1967 roku, a 33 lata później otworzył swoją pierwszą kolejkę górską flying coaster. Był to kamień milowy w historii obiektu, który po drodze z powodu powodzi przeszedł poważne perturbacje (całkiem niedawno). Ostatnie lata upłynęły pod znakiem stopniowego rozwoju kompleksu, którego efekty mogłem zobaczyć na własne oczy.

Phantasialand
Fot. Materiały własne (Phantasialand to obecnie kilkadziesiąt różnych atrakcji)

Bajkowo, kolorowo i z rozmachem

Wizytę w Phantasialandzie rozpocząłem od ogólnej obserwacji parku. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to bajkowa tematyzacja oraz wyraźny podział obiektu na strefy. A jest ich łącznie siedem, tyle samo, co zresztą kolejek górskich. Wśród obszarów warto wymienić m.in. Mexico – miejsce pełne hacjend i kolorów, ale też Klugheim – krainę nordycką spowitą mrokiem. Rookburgh, czyli steampunkowe miasto lotników z wyrastającymi fabrykami, to ciężki, dymny klimat, w którym nie brakuje żelastwa. Przypomina brudne, pełne unoszącej się pary wodnej ulice Manhattanu.

Phantasialand
Fot. Materiały własne (Rookburgh to jedna ze stref parku z mocno steampunkowym klimatem)

Moje serce skradła strefa China Town i to już na samym początku. Sam dokładnie nie wiem dlaczego, ale pewnie przez drobiazgowe dopracowanie scenografii i spójne dekoracje. Wszędzie było pełno czerwono-złotych kolorów stylizowanych na chińską symbolikę. Smoki pojawiały się na dachach i w architekturze, do tego przy budynkach wisiały klimatyczne lampiony i żółte parasolki. Ogrody zaprojektowane został tak, aby przypominały tradycyjne chińskie tarasy. Całość trafiło do mojego serca.

Phantasialand
Fot. Materiały własne (Strefa China Town ukazuje mnóstwo akcentów rodem z Pekinu)

Zresztą nie tylko China Town, a każda strefa była mocno powiązana z kultowymi dla siebie akcentami. Np. w obszarze Mexico „robotę robiły” umieszczane nad drzwiami małe kapliczki z wizerunkiem Maryi (La Morenita). Aż prosiło się o nagłe wejście grajków Mariachi w popularnych sombrerach.  

Phantasialand
Fot. Materiały własne (W parku rozrywki ważną rolę odgrywają drobne elementy scenografii i architektury)

Z kolei w strefie Deep in Africa zachwycały elementy architektury saharyjskiej, szczególnie budownictwa z gliny znamiennej np. dla Maroka. Od razu przypomniał mi się film „Mumia” z Brendanem Fraserem (1999), gdzie pełno było podobnych budynków.

Phantasialand
Fot. Materiały własne (Subsaharyjska architektura w Phantasialandzie)

Rollercoastery grały pierwsze skrzypce

Same atrakcje w Phantasialandzie były bardzo zróżnicowane. Zacznę od kolejek górskich, których łącznie było siedem, a na mnie największe wrażenie zrobił Taron. To jeden z najlepszych i najszybszych na świecie stalowych rollercoasterów (multi-launch coaster) z podwójnym startem liniowym (LSM). Powstał w 2016 roku, sięga ponad 30 metrów i osiąga prędkość 117 km/h. Wszystko to na długości 1320 metrów, które rozciągają się na obszarze strefy Klugheim. To niezwykła kolejka górska i szczerze mówiąc, pierwszy raz widziałem na oczy tak genialnie oddany świat wokół coastera. Był wypełniony skałami, elementami nawiązującymi do kowalstwa, metalu i ognia. Drewniane belki i ciężkie bramy dopełniały widoku nordyckiego klimatu. Całość była mocno surowa i chyba o to chodziło. Top!

Inne kolejki górskie również robiły wrażenie. Np. Black Mamba (inverted coaster) w Deep in Africa, gdzie tor jazdy znajdował się nad głową, a nogi zwisały swobodnie. Nie skorzystałem z kolejki, ale wyglądała… przerażająco dobrze. Kolejna propozycja – F.L.Y. w Rookburgh, gdzie goście zamiast siedzieć klasycznie w wagoniku praktycznie leżą na brzuchu, jak podczas lotu. I tu ciekawostka: kolejka przelatuje bezpośrednio przez wnętrza… Hotelu Charles Lindbergh! Mocne wrażenia gwarantowane.

Zamykając wątek coasterów warto też wspomnieć o Chiapas w strefie Mexico. To water coaster, a nie klasyczny rollercoaster, więc nie muszę dodawać, że główną frajdą przejażdżki był nagły spad do wody. I co ważne, przejażdżka trwała kilka dobrych minut. Chiapas to jedna z najbardziej stromych zjeżdżalni tego typu na całym świecie. Zdecydowanie mocny punkt parku.

Mnóstwo różnych emocji

Phantasialand to nie tylko coastery. Mocne doznania zapewniała też kryta wieża zrzutowa w stylu indoor drop tower, czyli Mystery Castle. Wyprodukowała ją firma Intamin/Ride Trade wyposażając urządzenie w pneumatyczny system napędowy. Atrakcja potrafiła „rozbujać” i przyznam, że wzbudzała respekt. A jak dodamy do tego „creepy” historię o fikcyjnej rodzinie von Windhoven i pakcie z siłami zła, robi się naprawdę ciekawie. Zdecydowanie polecam osobom o mocnych nerwach.

Phantasialand
Fot. Materiały własne (Mystery Castle to atrakcja wywołująca spory dreszcz emocji)

Park był też pełen klasycznych atrakcji. Wymienię np. karuzelę łańcuchową Wellenflug, która urokliwie prezentowała się na tle fontanny. Do tego dodajmy drewniany tor przeszkód Adventure Trail otoczony magią Afryki czy pastelowy Winni Splash, będący dziecięcą strefą wodną z natryskami i urządzeniami do chlapania. Winni Splash znajduje się w strefie Fantasy i rzeczywiście mocno pobudza wyobraźnie.

Phantasialand
Fot. Materiały własne (Winni Splash to jeden z najlepszych placów zabawa w parku rozrywki)
Phantasialand
Fot. Materiały własne (Winni Splash wyróżnia się pastelowymi kolorami i wodnymi dyszami)

W Phantasialandzie odwiedziłem też Residence Theater, miejsce pełne spektakli na żywo, stylizowane na elegancki europejski teatr z przełomu XIX i XX wieku. Fajną opcją była też Maus au Chocolat, gdzie mówiąc w skrócie: wsiada się do pojazdu, zakłada okulary 3D i strzela czekoladą do myszy panoszących się w fabryce ciast. Spokojna i immersyjna przestrzeń, a przy tym wciągająca. Idealna opcja udowadniająca, że w dorosłej osobie można odnaleźć… ukryte dziecko.  

Phantasialand
Fot. Materiały własne (Residence Theater zabiera gości w podróż po świecie immersyjnej opowieści)

Vekoma, Maurer Rides i najlepsi z najlepszych

Wszystkie atrakcje w parku to dzieła renomowanych procentów, co również wpływa na ocenę kompleksu. Vekoma, Maurer Rides, Intamin, Zierer, Preston & Barbieri i wiele, wiele więcej. Przemierzając alejki obiektu, na każdym kroku czułem jakość potwierdzoną obecnością uznanych marek.

W parku podobały mi się również nowe technologie i digitalizacja. Np. immersja w samych atrakcjach. Przykład? Gdy szedłem ciemnym tunelem w Rookburgh trafiłem do industrialnego świata XIX wieku, w którym otoczyła mnie para wodna, rdzawa konstrukcja, przeróżne dźwięki, a wszystko to pod ciężkim pancerzem rollercoastera F.L.Y. Pętla kolejki dosłownie oplatała całą strefę, przelatując nad głowami przechodniów, restauracjami, a nawet wchodząc w interakcję z kapsułami hotelowymi. W strefie Mexico otulałamnie muzyka nagrana przez Budapest Film Orchestra, a w Adventure Trail chodząc przez mosty czuć było zapachy dżungli, a nawet… zmieniającą się temperaturę! To zaplanowany punkt programu, który miał potęgować poczucie przebywania w lesie tropikalnym.

Phantasialand
Fot. Materiały własne (W parku nie brakuje atrakcji wykonanych z drewna)

Czerpać z parku wszystkimi zmysłami

Jak Phantasialand oszukuje zmysły? To pytanie nieco szersze, ale mówiąc krótko, robi to na kilka sposobów. Maskuje widok na świat zewnętrzny (np. na otoczenie, budynki, parkingi), ponadto zapewnia sound design. Chodzi o to, że każda kraina posiada dedykowaną, filmową ścieżkę dźwiękową. Do tego park dociera do gościa przez zapachy np. aromat churrosów czy tapasów, fikcyjną opowieść, bardzo, ale to bardzo wysokie scenografie, ruchy powietrza, bryzę wody czy iluzje optyczne.

Phantasialand
Fot. Materiały własne (Churros to jeden z punktów gastronomicznych w parku)

W parku immersja nie kończy się zaraz po zamknięciu bram obiektu. Wszystko dzięki pokojom tematycznym, z których goście mogą skorzystać, i które pozwalają zanurzyć się w świecie Phantasialandu jeszcze głębiej. Znajdziemy tam np. afrykańską Matambę, azjatycki Ling Bao i kapsułkowy Hotel Charles Lindbergh. Pokoje łączą się ze strefami i gwarantują „experience”, o którym w wielu parkach można jedynie pomarzyć.

Phantasialand
Fot. Materiały własne (Mocnym punktem parku jest scenografia i tematyczna architektura)

Dwa słowa należą się także umiejętnemu ukrywaniu infrastruktury technicznej w Phantasialandzie. To poziom mistrzowski. Nigdzie nie widziałem zaplecza, skrzyń z produktami, materiałów budowlanych, kabli, przenoszonych ścianek, kostiumów czy wielkich kubłów na śmieci. Świat parku otaczał nas z każdej strony i nie było w nim miejsca na fałsz. To również wpływa na odbiór. Ponadto we wszystkich strefach spotykałem raczej uśmiechniętych pracowników, więc lekcja z customer experience została zaliczona na 5.

Phantasialand
Fot. Materiały własne (Phantasialand przyciąga uwagę gości różnorodnymi atrakcjami)

Było dobrze, bardzo dobrze

Podsumowując, moja wizyta w Phantasialandzie była bardzo udana. Jako że odwiedziłem park we wrześniu, to udało mi się uniknąć tłumów i kolejek do atrakcji. Dosłownie tylko w kilku miejscach ekrany wyświetlały informacje, że trzeba było poczekać 30-40 minut.

Doceniam park na wielu płaszczyznach: organizacyjnym, tematycznym, immersyjnym. Atrakcje były świetne – te spokojniejsze i te ekstremalne. Phantasialand to dla mnie najładniejszy niemiecki park, w którym byłem, z najszybszym na świecie stalowym rollercoasterem Taronem i najbardziej stromym zjazdem w kolejce typu log flume – Chiapas.

Phantasialand
Fot. Materiały własne (W parku można znaleźć atrakcje mechaniczne, ale także spokojniejsze miejsca)

Co z minusów? Żeby nie było zbyt cukierkowo muszę przyznać, że w obiekcie jest bardzo głośno i pod koniec dnia długo szukałem cichej przestrzeni na chwilę odpoczynku. Kolejna rzecz, która mogłaby być lepsza, to serwowane jedzenie. Jest ono w porządku, ale raczej nic więcej (odnoszę się do jednego punktu z wurstami, z którego korzystałem). I jeszcze brakowało ławek do siedzenia (pomijając duży plac w rejonie karuzeli Wellenflug), a ceny w sklepach z pamiątkami były trochę wygórowane. Z kolei same upominki jakieś takie… nijakie. No cóż, takie prawa rynku.

Phantasialand
Fot. Materiały własne (Jeden ze sklepów w Phantasialandzie)

Tradycyjnie próbując wystawić notę parkowi, muszę być szczery sam ze sobą. Daje 8,5 na 10, czyli bardzo wysoko. Dlaczego? Odwiedzając to miejsce odniosłem wrażenie, że chciało ono opowiedzieć mi swoją historię. A to oprócz istnienia ciekawych atrakcji, zawsze jest dla mnie bardzo istotne.