Natalia w dzieciństwie wchodziła do parku rozrywki Europa Park bocznymi drzwiami. Po znajomości. Mieszkała tuż obok i “z podwórka” znała się z synem właścicieli. Po latach znów spotyka się ze słynną rodziną Macków – ale już na branżowych targach rozrywki. Dziś Natalia i Oskar Kaszyńscy prowadzą w Gdyni Filmowy Park Rozrywki Mr Gorilla. W ciągu niespełna roku od otwarcia ich “Goryl” zdobył i dużą popularność, i wysokie oceny gości. Dlaczego para filmowców nagle zdecydowała się na wejście do branży rodzinnej rozrywki i jaką bawialnię stworzyli?

Łukasz Jadaś: Wasze centrum zabaw, Mr Gorilla, zadebiutowało w tym roku, i od razu zdobyło Złotego Lizaka publiczności za najlepszy obiekt indoorowy w Polsce. Zacznijmy więc od samego początku.
Oskar Kaszyński: Nasza historia z Mr Gorilla i światem branży rozrywki jest naprawdę nietypowa. Natalia to inżynierka, magisterka zarządzania po politechnice. Ja z kolei jestem z wykształcenia ekonomistą, ale z zawodu filmowcem. Przez 20 lat zawodowo zajmowałem się produkcją filmową i reklamową.
Dziesięć lat temu wspólnie z Natalią wybudowaliśmy w Trójmieście jedyne regionalne studio filmowe z ogromną halą zdjęciową. To była realizacja szalonego pomysłu, bo takich miejsc tutaj nie było. Mieliśmy klientów, robiliśmy reklamy, teledyski. Nawet ekipy Netflixa wpadały do nas i kręciły sceny do swoich seriali.
Rynek filmowy w Trójmieście jest jednak wymagający i niestety dużo słabiej wynagradzany niż w Warszawie. To taka niesprawiedliwość dziejowa. Zlecenia ciągle wymagały zaczynania od zera – nowy scenariusz, nowy koncept, żadnej powtarzalności, co z czasem mocno zaczęło nas męczyć. Pandemia dopełniła obrazu: wydarzenia i koncerty, które organizowaliśmy w studio jako uatrakcyjnienie działalności filmowe, przestały się odbywać, a budżety produkcyjne mocno spadły.
Doszliśmy do wniosku że zbyt mocno nas to wszystko obciąża. Rozważaliśmy sprzedaż całego budynku. Utrzymywanie go coraz mniej się kalkulowało. Zaczęliśmy szukać pomysłu, jak zagospodarować tę naszą nietypową przestrzeń, która nie była łatwa do wystawienia na rynku. Budynek jest piękny, ale nietypowy: dostosowany był pod produkcje filmowe.
I nagle pewnego ranka wpadliśmy na pomysł. Dobrze pamiętam, że zapytałem Natalii: słuchaj, a może ta hala zdjęciowa sprawdzi się jako bawialnia dla dzieci? Jest wysokie pomieszczenia na atrakcje, są pokoje biurowe na salki urodzinowe. Przestrzeń idealna na rodzinne rozrywki.
Najpierw myśleliśmy, że to ciekawy koncept dla ewentualnego przyszłego nabywcy. Chcieliśmy to zasugerować to innym inwestorom. Ale z czasem zaczęliśmy odwiedzać lokalne bawialnie. Podpatrywaliśmy: kto przychodzi, w co bawią się dzieci i rodziny. Z każdym kolejnym dniem coraz bardziej utwierdzaliśmy się, że ten pomysł faktycznie może być strzałem w dziesiątkę. I zapadła decyzja: nie sprzedajemy budynku na bawialnię, ale otwieramy ją sami.

Najpierw był zatem budynek i miejsce, a dopiero później pomysł. Jak to wpłynęło na pracę nad pomysłem na urządzenie bawialni?
Oskar Kaszyński: Być może działaliśmy trochę „na odwrót” niż osoby, które najpierw mają pomysł, a dopiero potem szukają odpowiedniego miejsca. Budynek po studiu filmowym okazał się jednak dla Mr Gorilla dobrym miejscem i sprawdza się świetnie.
Hale filmowe to pomieszczenia o różnym metrażu, ale zazwyczaj są bardzo wysokie. Nasza ma ponad 10 metrów wysokości. Cały budynek jest siłą rzeczy bardzo nietypowy, co działa na naszą korzyść. U nas trochę chodzi się jak po labiryncie, a dla gości to plus. To nie jest jedna otwarta przestrzeń, tylko oddzielone pokoje na piętrach, które można odkrywać. To atrakcja sama w sobie.
Główna bawialnia, nasz małpi gaj, znajduje się właśnie hali zdjęciowej. Jest tam recepcja, szatnia, a do tego mamy trzy piętra – każde to osobna kondygnacja za ścianą bawialni. Na kolejnym piętrze są pokoje urodzinowe, na kolejnym biuro, sala Malucha i sala kinowa.
Sala dla maluchów jest trochę z dala od głównej bawialni, w innej części budynku. Większość rodziców chwali takie rozwiązanie. Starsze dzieci bawią się na małpim gaju, a maluchy mają spokojniejsze, kameralne miejsce bez przebodźcowania z głównej bawialni.
W naszym przypadku budynek idealnie wpasował się w tę inwestycję. Myślę, że podświadomie już 10 lat temu widziałem w tej hali zdjęciowej potencjał na bawialnię, a studio filmowe było tylko etapem pośrednim (śmiech).
Natalia Kaszyńska: Atutem tego miejsca jest też lokalizacja. Goście przyjeżdżają do nas i z całego Trójmiasta, i z Kaszub. Jesteśmy tuż przy obwodnicy, a niedaleko Mr Gorilla, są osiedla pełne młodych rodzin. Dwa lata temu otwarto też Trasę Kaszubską, która łączy nas np. z Lęborkiem, więc to też ułatwia dojazd. Mielimy już urodziny, na które goście przyjechali busami z Bydgoszczy i Torunia, a nawet zdarzyło się, że kilka razy wpadli do nas turyści ze Szwecji. Mają świetne połączenia promowe i tak im się spodobało, że przywieźli potem więcej znajomych na majówkę i organizowali tu urodziny.
CZYTAJ TAKŻE: “Zatorland i Energylandia nie odbierają sobie klientów”. Rozmowa z Dariuszem Łysoniem, założycielem i prezesem Zatorlandu
Dużo czasu minęło od tego poranka, kiedy pojawił się plan na salę zabaw, do otwarcia drzwi Mr Gorilla?
Natalia Kaszyńska: Dwa lata. Połowa tego czasu to prace „papierkowe” – koncepcja, projekt, pozwolenia. Drugi rok to dojrzewanie i szlifowanie tego projektu oraz fizyczne prace związane z przebudową i wyposażeniem. Od początku hasłem była „bawialnia”, ale nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, jakie dokładnie atrakcje, kolorystyka i koncepcja będą najlepsze. Chcieliśmy zachować nutę naszej historii filmowej.
Nazwa też długo dojrzewała. Mieliśmy około 20 pomysłów. Goryl podobał nam się najbardziej, ale zrobiliśmy dodatkowo badania wśród dzieci w naszym targecie, czyli w wieku 5-12 lat, jak odbierają tę postać. Efekt był bardzo pozytywny – dzieci widziały Mr Gorilla jako fajnego ziomka, więc przy nim zostaliśmy.
Rok przed otwarciem wybraliśmy się też “w delegację”, podczas której odwiedziliśmy różne bawialnie w Polsce, żeby zobaczyć, jak działają. Jesteśmy z zupełnie innej branży, ale lubimy wyzwania i cieszymy się z tego, co teraz robimy.

Jaki najważniejszy wniosek wyciągnęliście z tego researchu?
Natalia Kaszyńska: Na przykład taki, żeby zadbać o rodziców i opiekunów. Często wychodząc z bawialni miałam straszne bóle głowy – z reguły jest tam naprawdę głośno. Dzieci szaleją, to naturalne, ale do tego gra głośna muzyka. To normalne, że rodzice też mogą poczuć się przebodźcowani. Stąd właśnie wyciągnęliśmy wniosek, że u nas musi być specjalna strefa wyciszenia. Chcieliśmy podejść do tego poważnie, bo to rodzice i opiekunowie decydują i płacą. To oni przywożą do nas dzieci, więc musimy o nich szczególnie zadbać.
Kto zatem dziś przychodzi do Mr Gorilla?
Natalia Kaszyńska: Naszych gości można podzielić na trzy główne grupy. Pierwsza to goście urodzinowi, z różnymi pakietami dostosowanymi do wieku, głównie w weekendy i popołudniami. Druga to klienci indywidualni. Trzecia grupa, która pojawiła się od września, to grupy szkolne i przedszkolne.
Rodzice płacą za wejście?
Oskar Kaszyński: Nie. U nas opiekunowie nie płacą za wejście. Po prostu uznaliśmy, że to dziecko jest naszym głównym gościem. Dwie osoby dorosłe, jako opiekunowie, wchodzą bez opłat. Ta zasada została bardzo pozytywnie przyjęta przez gości.
Liczbę tę celowo ograniczyliśmy do dwóch osób, bo zauważyliśmy, że bardziej swobodne podejście może mieć swoje pułapki. W przeciwnym przypadku bywa, że do sali przychodzą całe rodziny, z licznymi osobami towarzyszącymi. A to z kolei utrudnia zarządzanie przestrzenią, która nigdy nie jest z gumy i obowiązują nas limity osobowe.
Natalia Kaszyńska: Jesteśmy miejscem parent-friendly. To nie tylko brak opłat za wejście. W restauracji, a także w głównej bawialni, puszczamy muzykę dla dorosłych, co jest bardzo pozytywnie odbierane. Rodzice czasem stukają sobie zatem nóżką w rytm muzyki. W większości bawialni czy parków, które odwiedzaliśmy, leci muzyka dziecięca, ale dzieci i tak jej nie słuchają. Biegają i hasają, zastanawiają się, na którą zjeżdżalnię wskoczyć. U nas jest więc specjalna “dorosła” playlista, odpowiednia i dla rodziców, i dla dzieci.

Jak właściwie zdecydowaliście, co chcecie mieć w Mr Gorilla? Dlaczego wybraliście małpi gaj z atrakcjami, a nie np. trampoliny czy inne atrakcje?
Oskar Kaszyński: Hala zdjęciowa jest bardzo wysoka, więc wiedzieliśmy, że możemy „iść do góry”. Od razu postawiliśmy więc na konstrukcję wysokiego małpiego gaju.
Wiedzieliśmy też, że chcemy uniknąć trampolin. Prywatnie nie jesteśmy ich fanami. Wiemy, że są urazowe. Pracowałem kiedyś nad reklamą związaną z trampolinami, ale zdjęcia odwołano z powodu bardzo nieprzyjemnego wypadku i utkwiło mi to w głowie. Nasza zasada to „safety first”. Kilka razy dziennie sprawdzamy konstrukcję małpiego gaju, żeby wszystko było bezpieczne i dzieci czuły się komfortowo.
Naszą główną konstrukcję stawiała np. firma Zielona Przystań ze Szczecina. Jeżeli chodzi o automaty do gier, korzystamy z usług Magic Play z Kalisza. Z obu jesteśmy bardzo zadowoleni. Stawiamy na sprawdzone, polskie firmy. Mój tata miał taką maksymę: „zarób i daj zarobić innym” – dobry partner do współpracy jest ważniejszy niż oszczędzanie każdej złotówki.
Nadal myślimy o kilku nowościach, np. o ściankach wspinaczkowych. Wymagają one jednak dodatkowej obsługi, więc rozważymy to w przyszłości.
Natalia Kaszyńska: Jeszcze jako studio mieliśmy też na górnym piętrze małą salę kinową. Służyła do pokazywania filmów naszym klientom. Potem wpadliśmy na pomysł, że możemy tam zamontować około 30 foteli i stworzyć kolejną atrakcję – salę kinową dla dzieci. To świetnie wpasowuje się w motyw przewodni bawialni, która ma filmowy akcent i nawiązuje do dziedzictwa naszego studia filmowego.

Kino nie jest standardową atrakcją w salach zabaw.
Natalia Kaszyńska: Na początku pokazywaliśmy w nim pełnometrażowe filmy, ale zmieniliśmy pomysł. Rodzice zgłaszali nam, że dzieci przyszły się bawić, a siedzą w kinie, bo akurat lecą ich ulubione „Minionki”.. Teraz pokazujemy krótkometrażowe, 5-7 minutowe bajki, które lecą w kółko. Mamy ich ponad 40.
Oskar Kaszyński: Koszt licencji nie jest duży. Zwłaszcza że nie pobieramy dodatkowej opłaty za seanse. Cały dodatkowy koszt to ok. 2 tys. zł rocznie.
Wspomnieliście o Bananas – restauracji, która działa przy Mr Gorilla. Jakie to miejsce?
Natalia Kaszyńska: Sercem Bananas jest piec do pizzy. Wyszliśmy z założenia, że pizza to jedno z powszechnie najbardziej ulubionych dań. Mamy więc kilka jej rodzajów, do tego zupę dnia, słodkości, ciasta, przekąski i oczywiście napoje.
Pizza to must-have w bawialni, ale chcemy rozwijać naszą gastronomię. Mamy ambicję, żeby jedzenie było zdrowe. Jednocześnie stąpamy twardo po ziemi, bo wiemy, jakie są oczekiwania gości. Na razie nie mamy “standardowych” nuggetsów i frytek, ale myślimy o rozwoju menu i rozbudowaniu kuchni. Tak by skutecznie odseparować ją od reszty pomieszczeń i nie mieć problemu z zapachami.
Oskar Kaszyński: Na start postawiliśmy właśnie na pizzę, bo to z pozoru proste danie, które przy dobrym podejściu może stać się naprawdę wyjątkowe. Dlatego zadbaliśmy o dobrze przeszkolony personel, profesjonalny sprzęt i prawdziwe włoskie składniki klasy premium.
Sam nigdy wcześniej nie zajmowałem się gastronomią, ale teraz, przy bawialni, mamy ją w pakiecie i działa to świetnie. Wielu naszych gości mówi, że zamówili pizzę, bo coś trzeba było zjeść, ale nie spodziewali się, że będzie aż tak dobra.
Natalia Kaszyńska: Goście Mr Gorilla chwalą Bananas od samego początku. Taka smaczna pizza w takim miejscu to trochę niespodzianka, bo jedzenie w bawialniach kojarzy się raczej z czymś prostym. U nas jest faktycznie jest pyszna.

Przejrzałem opinie o Mr Gorilla w internecie. Goście chwalą restaurację, ale nie tylko. Czytając komentarze miałem wrażenie, że animatorzy, którzy u was pracują, bardzo przypadli im do gustu.
Oskar Kaszyński: Kojarzysz „Film o pszczołach”? Tam były „oblatywacze”, gwiazdy ula które robiły najlepszą robotę. I to są właśnie nasi animatorzy (śmiech). Część naszej ekipy jest bardzo młoda. To np. osoby w wieku 19 lat. Na początku obawiałem się, czy tak młodzi ludzie dadzą sobie radę. Ale mają tak niesamowite podejście do dzieci, że to wygląda jak w bajce z zaczarowanym fletem – czarują i dzieci świetnie się z nimi bawią.
Nie tylko pilnują bezpieczeństwa, ale dają dzieciakom coś więcej niż zabawę na atrakcjach. Jestem pełen podziwu dla naszej młodzieży, bo mają genialne pomysły. Cały temat animacji tworzyliśmy u nas praktycznie od zera.
Natalia Kaszyńska: Nasi animatorzy są niesamowicie kreatywni i zaangażowani. Na jednym z pierwszych spotkań opowiedzieliśmy im o naszym pomyśle na Mr Gorilla. I wtedy jedna z osób rzuciła pomysł: „A może zrobić animacje dopasowane do każdej sali urodzinowej? W sali “American Dream” mogą być kowboje i poszukiwania skarbów, w „Pink Room” coś nawiązującego do Barbie”. Powiedzieliśmy: OK, może kiedyś, ale na razie przecież nie zdążymy tego zrobić. A oni szybko odpowiedzieli: „to my to przygotujemy!” I faktycznie, zrobili to w ciągu jednego wieczora. Teraz każdy pokój ma teraz swoją animację, dopasowaną tematycznie.
CZYTAJ TAKŻE: “Członkostwo w IAAPA to jak oddychanie”. Jaka jest rola Loopy’s World w stowarzyszeniu? [ROZMOWA]
A zatem nie należycie do pracodawców, które narzekają na „to okropne pokolenie Z”.
Oskar Kaszyński: W żadnym wypadku. Nasze animatorki i animatorzy naprawdę lubią to, co robią, a my lubimy z nimi pracować. Co najlepsze, mamy bardzo niską rotację. Pracuje u nas prawie 40 osób, na zmiany. Wielu z nich to maturzyści i studenci rozmaitych kierunków, ale wszyscy mają świetne podejście do dzieci.
Bywają sytuacje, że rodzice proszą o konkretnych animatorów, bo widzieli, jak dobrze radzą sobie z ich dziećmi – na przykład panię Maję, albo pana Kubę. Ja też sporo się nauczyłem, obserwując ich pracę.
Pewnego razu jeden chłopiec zaczął płakać, bo stracił z oczu swoją mamę. Podeszła do niego nasza animatorka, i powiedziała: „Słuchaj, ja jestem specjalistką od szukania mam. Wiem dobrze, gdzie jest twoja mama, i zaraz pójdziemy jej poszukać. A zaczniemy od tego, że bierzemy trzy głębokie oddechy”. I ona faktycznie pomogła mu się uspokoić. Zamieniła stresującą dla dziecka chwilę w zabawę.

W opiniach o Mr Gorilla w internecie goście zwracają też uwagę na wasze przywiązanie do detali. Na przykład to, jak wygląda Wasza ekipa sprzątająca.
Oskar Kaszyński Jeżeli chodzi o sprzątanie, to rzeczywiście zrobiliśmy z tego mały performance. Kupiliśmy dwa odkurzacze plecakowe. A gdy zobaczyliśmy, jak wyglądają w rzeczywistości, skojarzenie było jedno. Powiedzieliśmy: „To wygląda jak Ghostbusters”. I kupiliśmy kostiumy Pogromców Duchów.
Natalia Kaszyńska: Ekipa sprzątająca jest tak widoczna, bo bardzo dbamy o porządek. Generalnie robimy wielkie sprzątanie raz w tygodniu w poniedziałki – takie turbo porządki. W ciągu dnia sprzątamy też na bieżąco, ale w weekend, gdy jest dużo ludzi, musimy przejść się po sali co najmniej dwa razy. Wtedy robimy dwa w jednym: sprzątanie i zabawę – z muzyką “Ghostbusters” w tle.
Takie pomysły to Wasz sposób na ucieczkę od kiczu? W miejscach takich jak sale zabaw to niestety często kłuje w oczy.
Natalia Kaszyńska: Jesteśmy filmowcami i nawet nasze sale urodzinowe budowaliśmy jak dekoracje do filmu. Pracowaliśmy w tej branży przez długie lata i mamy wypracowane wyczucie estetyki. Wiemy, jak ważne są takie detale, bo to one dodają autentyzmu i sprawiają, że nawet w z pozoru zwykłym miejscu może zadziać się magia. Staraliśmy się więc przenieść nasze wcześniejsze doświadczenia do Mr Gorilla. Nie lubimy półśrodków, działamy kreatywnie. Można uniknąć kiczu i niekoniecznie potrzebny jest duży budżet. Czasem dobry pomysł wystarczy i nie musi pociągać za sobą wielkich kosztów.
Byliście w tym roku na IAAPA Expo Europe w Barcelonie i na Forum Atrakcji Parkmag w Energylandii. Co wam dają takie wyjazdy i wizyty?
Natalia Kaszyńska: Przede wszystkim to inspiracje i możliwość poznania ludzi z branży. Rok temu IAAPA Expo Europe była w Amsterdamie. To była dla nas faza rozpoznania. W tym roku do Barcelony pojechaliśmy już z nieco większą wiedzą. Wzięliśmy udział w Indoor Entertainment Day – wycieczce po atrakcjach wokół miasta. Rozmowy z osobami z mniejszych i większych firm są bardzo wartościowe, można wymienić się doświadczeniami i pomysłami.

Podobnie pod tym względem było w Energylandii na Forum Atrakcji Parkmag. To był świetny networking. Mieliśmy okazję poznać ludzi, którzy prowadzą inne bawialnie i wydają się naprawdę pozytywnie zakręceni. Czujemy teraz, że w każdym regionie Polski znajdziemy kogoś znajomego i będziemy mogli spotkać się, pogadać, wymienić doświadczenia. To też dużo praktycznej wiedzy. Mieliśmy np. okazję porównać różne systemy wejść i pakietów, posłuchać o modelach płatności, co jest bardzo cenną wiedzą.
Można też poznać osoby, których w innych okolicznościach byłoby trudno. Podczas Forum Atrakcji poznaliśmy m.in. Marka Goczała, właściciela Energylandii. Nawiasem mówiąc – śmieszna historia. Wychowałam się w Niemczech – zaraz nieopodal Europa-Parku. Znałam syna właścicieli. Wchodziłam tam bocznymi drzwiami przez dom należący do Macków. Mieszkałam w tej okolicy ponad 10 lat. Zdążyłam poznać to miejsce na wylot. A gdy moje dzieci już trochę podrosły, stwierdziłam, że muszę im je pokazać. Jeździliśmy tam wiele razy.
Oskar Kaszyński: Też jestem pod dużym wrażeniem Europa-Parku. Co ciekawe, właściciele, Roland Mack, Jurgen Mack oraz ich synowie, są tam obecni na co dzień i są widoczni w parku. Chodzimy po terenie i mówimy: „O, tutaj idzie Roland”, “Tam w restauracji siedzi Jurgen!”. Zawsze mnie to pozytywnie zaskakiwało, że gigantyczny biznes generujący setki milionów euro, jest tak blisko swoich gości. Mackowie sami chodzą po parku, obserwują wszystko i można z nimi spokojnie porozmawiać.
I teraz Wy też jesteście często w Mr Gorilla?
Oskar Kaszyński: Tak, lubimy być tam codziennie. Chcemy, żeby goście nas znali i chcemy być blisko nich. Mamy na przykład wielkie kostiumy, które są naszym znakiem rozpoznawczym. Robią ogromne wrażenie, bo są wysokie na prawie 3 metry. Byłem pierwszą osobą, która nauczyła się w nich chodzić. Do tej pory są takie dni, gdy jest wyjątkowo dobra energia. Wtedy znowu sam zakładam kostium. Wychodzimy na salę i robi się prawdziwy szał. To naprawdę miłe uczucie.

Przez lata związani byliście z filmem i reklamą, więc zadam pytanie z nią związane. Znana jest reklama jednego z banków, w której fryzjerka, właścicielka swojego biznesu, twierdzi, że najbardziej cieszy ją pozytywna opinia klientki o nowej fryzurze. A wy, jako właściciele centrum zabaw, z czego się cieszycie najbardziej?
Natalia Kaszyńska: Wiemy, że jesteśmy ładną bawialnią, mamy fajne dekoracje, dobre atrakcje, i animacje, ale wiemy też, że jesteśmy obiektem średniej wielkości. Jako że znamy wielu rodziców z imienia, to czasem też wspólnie wypijemy kawę. Podczas jednej z takich rozmów podziękowałam i powiedziałam rodzicom szczerze: fajnie, że znowu wpadliście, ale przecież tu nie ma aż tylu atrakcji, żeby przychodzić 15 czy 20 razy. A oni odpowiedzieli wtedy tak: „Jest sobota. Rano pytamy Kacperka, co dziś robimy. A on mówi: – Ja chcę tylko do Goryla”. I to jest właśnie odpowiedź na pytanie o to, co teraz cieszy nas najbardziej.
© 2025 Parkmag.pl. Materiał chroniony prawem autorskim – wszelkie prawa zastrzeżone. W przypadku wykorzystania fragmentów tekstu wymagane jest podanie źródła.













