Miłośnicy rozrywki coraz bardziej doceniają atrakcje turystyczne oferujące różne formy spędzenia wolnego czasu. Jednym z takich obiektów jest GROT Arena w Zielonej Górze, z której współwłaścicielem Grzegorzem Blautem mieliśmy okazję porozmawiać. Nasz rozmówca opowiedział nam o genezie centrum, wyzwaniach w jego prowadzeniu oraz o badaniu emocji i odczuć klientów. Ten wywiad to solidna dawka biznesowego know-how. Zapraszamy.
Kamil Lech: – Skąd pomysł na stworzenie GROT Areny?
Grzegorz Blaut: – Pomysł na uruchomienie areny sięga wielu lat wstecz. Moim corem działalności jest szeroko pojęta psychologia biznesu. Od dawna zajmuję się wspieraniem rodzin i rozwojem małżeństw, a w biznesie pracuję z kadrą menedżerską.
Kiedyś wraz z kolegą rozwinąłem Rodzinną Akademię Przygody (RAP), która organizowała 5-dniowe wyjazdy, podczas których rodziny przeżywały unikatowe doświadczenia. Wydarzenia łączyły survival, sporty ekstremalne, przygody wraz z sesjami rozwoju relacji małżeńskich. Organizowaliśmy noclegi w śniegu, tyrolki w górach, przygody w jaskiniach, rodzinne morsowanie. Dzięki temu rodziny zbliżały się do siebie. To był więc pierwszy biznes przygodowo-rozwojowy.
Następnie zacząłem organizować wyjazdy teambuildingowe dla zarządów firm i kupowałem niezbędny sprzęt. Najpierw repliki ASG, potem laserowy paintball itp. Kiedy już skompletowałem urządzenia, stwierdziłem, że warto je zagospodarować szerzej.
– I wtedy stworzył Pan markę GROT Eventy…
– Dokładnie, a później, gdy zauważyłem, że lasery cieszą się zainteresowaniem, zacząłem myśleć o lokalu, który oferowałby możliwości użytkowe bez względu na pogodę. Znalazłem odpowiednią przestrzeń, dokupiłem atrakcji, do zespołu dołączyła moja żona Magdalena i tak powstała GROT Arena.
Obecnie mieścimy się w hali o powierzchni 1000 m kw. Jesteśmy centrum aktywnej rozrywki przy ul. Budziszyńskiej, które istnieje na rynku od 4 lat. Startowaliśmy w okresie pandemii, co było trochę ryzykowną decyzją. Nie było wiadomo, co wydarzy się z branżą rozrywki. Na szczęście sytuacja została unormowana.

– Dlaczego odrzucił Pan opcję na biznes pod gołym niebem? Zbyt duże ryzyko?
– W tamtym czasie prowadziłem wspomnianą już firmę GROT Eventy i doświadczałem sytuacji, w których nagła zmiana pogody sprawiała, że trzeba było odwoływać imprezy. To było stresujące i kosztotwórcze. Chciałem tego unikać i oferować klientom zabawę niezależnie od pogody czy pory roku. Zimą, latem, wiosną czy jesienią. To podejście strategiczne, które oszczędzało wielu niedogodności. Dziś nie żałuję decyzji.
– Który etap w tworzeniu takiego miejsca jest najtrudniejszy? Projektowanie, budowa, wyposażenie i wybór sprzętu, a może sprawy administracyjne lub inne aspekty?
– Na starcie nie posiadałem wystarczającego kapitału, aby jednorazowo wyłożyć pieniądze i wykonać wszystkie prace od A do Z. Nie dysponowałem przestrzenią na opracowanie koncepcji, przygotowanie projektu itp. Na bieżąco remontowałem budynek, szukałem, wybierałem i kupowałem sprzęt. Tak naprawdę wszystkie elementy w procesie tworzenia centrum wiązały się z pewnymi trudnościami, decyzyjnością, ryzykiem.
Jednak obiektywnie muszę przyznać, że najtrudniejsze, a na pewno najbardziej zaskakujące, okazało się… serwisowanie sprzętu. W praktyce ten sprzęt jest niezwykle wrażliwy. Paintabll laserowy czy gokarty często się uszkadzają. Gokarty elektryczne nie zostały stworzone na rynek komercyjny. To fajne zabawki, ale producent wymyślił je raczej na użytek prywatny. W gokartach wszystko się psuło – podłogi, silniki, akumulatory. Musieliśmy wszystko przerobić. Jeśli ktoś myśli, że kupi sprzęt, postawi go i będzie czerpał zyski, to grubo się myli. To tak nie wygląda. Nawet w siekierowni, w której rzuca się siekierami, psują się np. tarcze, toporki i inne rzeczy. To generuje koszty.
Wniosek i rada? Trzeba testować materiały, dużo czytać o ich użyteczności, ogólnie poznać produkt, zanim się go kupi. Tego nie wiedziałem od razu i do tego doszedłem z czasem. Nie ma szkoły, która uczy takich rzeczy.

– Skoro uszkodzeniu ulega nawet siekierownia, to co np. z VR-em?
– Sprzęt dedykowany do VR-u jest na ogół nieskomplikowany, ale i w tym przypadku pojawiają się problemy. Np. łamią się pady, klienci uderzają nimi o ściany, więc urządzenia nie funkcjonują, tak jak powinny. To problem. Wraz z upływem czasu zaczęliśmy więc improwizować i na drukarce 3D wydrukowaliśmy osłony na pady, aby je nieco oszczędzić. To częściowo pomogło, ale kłopotem okazały się również kable. Skręcały się i szybko pękały. Jeden taki kabel kosztuje… 600–700 zł! Mowa więc o sporych wydatkach.
Mieliśmy nawet moment, kiedy zastanawialiśmy się, czy nie zrezygnować z VR-u. Nie tylko ze względu na kruchość urządzeń, ale także dlatego, że sprzęt można kupić w marketach. Obecnie jest łatwo dostępny. Ostatecznie zostaliśmy przy atrakcji, bo doszliśmy do wniosku, że w domu ludzie posiadają jednego pada, a u nas jest ich kilka i można grać grupowo.
– W GROT Arenie istnieje 9 atrakcji. Co to za miejsca?
– Tak, mamy wspomniany paintball laserowy, gokarty, VR, siekierownię, a także strzelanie z łuku, dmuchane kule, ASG, łucznictwo i plamiarnię. Pierwszy sprzęt, który kupiłem do centrum to były repliki ASG. Od 10 lat jestem jedną nogą w wojsku, więc militaria, tematyka przetrwania i survivalu jest dla mnie naturalną rzeczą, stąd ten rodzaj atrakcji. Laserowy paintball też już miałem, zanim otworzyłem lokal. Później doszły gokarty elektryczne, salon gier VR i strzelnica. Nowością jest plamiarnia.

– To miejsce nie do końca pasuje tematyką do pozostałych form rozrywki w GROT Arenie?
– To akurat atrakcja, którą wniosła do obiektu moja żona. Gdy po raz pierwszy ją zobaczyliśmy, to oczy żony oraz córki od razu się rozpaliły (śmiech). Nasza Plamiarnia pozwala na malowanie farbami, pędzlem, wałkiem i rękami wykorzystując płótno czy ściany. Miejsce pobudza kreatywność, pozwala dać upust artystycznym wizjom. Jest sensoryczną przestrzenią, lecz gdy przyjeżdżają szkoły, to odbywają się w niej również… bitwy na farby (śmiech).
Wieczorami organizujemy np. malowanie przy winie dla kobiet, więc Plamiarnia ma szerokie zastosowanie. Dzięki tej inwestycji rozszerzyliśmy zakres wiekowy naszych gości. Już nawet 2-latka może korzystać z atrakcji, więc biznesowo docieramy do szerszej grupy klientów. Seniorzy też mogą pobawić się przy sztaludze. Tworząc tę atrakcję zrezygnowaliśmy z inwestowania w crash room, który też braliśmy pod uwagę.
– Dlaczego Państwo z niego zrezygnowali?
– Ze względu na logistykę. Jego przygotowanie, a następnie utrzymanie wiązałoby się z wieloma wyzwaniami np. regularnym dostarczaniem sprzętu, jego wymianą, usuwaniem odpadów, ekologią itp. Pojawiało się dużo pytań, np. co robić z odpadami, skąd pozyskiwać stare urządzenia itp. Prościej było przygotować plamiarnię, a poza tym było to małe marzenie mojej żony.
Oczywiście pokój wściekłości też byłby dobrym pomysłem i nie wykluczam, że kiedyś wrócimy do projektu. Obecna powierzchnia do zaadaptowania nieco nam się ograniczyła. Poza tym będziemy celować w inną atrakcję, której wciąż nie ma w regionie, ale na razie nie mogę zdradzić szczegółów.

– Która atrakcja w GROT Arenie cieszy się największym zainteresowaniem?
– Paintball laserowy nadal jest naszą najmocniejszą atrakcją. Dlaczego? Po pierwsze ludzie uwielbiają rozrywkę, która mocno integruje i generuje dużo endorfin. Dwa – nam pogoda nie przeszkadza. Obserwując konkurencję w branży paintballowej widać, że to kluczowy aspekt.
Klient odwiedzający GROT Arenę ma pewność, że zaplanowana impreza się odbędzie, nawet gdy nagle zacznie padać deszcz. Dlatego goście wybierają właśnie nas. Co jeszcze jest popularne oprócz paintballa? Nasi goście lubią gokarty, siekierownię i VR.
– Wielu ludzi ma obawy przed rozrywką – że w parkach rozrywki jest za szybko, na ściankach wspinaczkowych za wysoko. A w GROT Arenie, co wywołuje wątpliwości gości?
– Największą obawę budzą siekiery, szczególnie jeśli chodzi o małe dzieci czy grupy szkolne. Często jest tak, że Pani nauczycielka dzwoni i pyta o ofertę, a kiedy mówimy o siekierowni, dopytuje, czy to są prawdziwe siekiery (śmiech). Wśród opiekunów grup pojawiają się obawy, że dziecko może się skaleczyć, uderzyć, ale my oczywiście uspokajamy i tłumaczymy, na czym polega korzystanie z atrakcji.
Rozrywka jest bezpieczniejsza niż np. trampoliny. Inny przykład? Przy VR-ach niektórzy ludzie obawiają się, że może zakręcić się im w głowie, co zdarza się niezwykle rzadko. W przypadku gokartów goście dopytują, czy pojazd się nie wywróci itp. Zawsze są jakieś wątpliwości, ale służymy odpowiedzią.
– Jak wygląda przekrój gości w standardowym dniu?
– Klasycznie wygląda to tak, że do południa odwiedzają nas szkoły i klasy, po południu przychodzą goście w ramach urodzin, a wieczorami odbywają się wejścia indywidualne. To czas dla studentów, par, grup znajomych. Wtedy największym zainteresowaniem cieszy się siekierownia, gokarty itp. Można się wyluzować.
Jeśli chodzi o zasięg terytorialny, to głównie działamy lokalnie, na terenie województwa. Z dalszych regionów goście raczej nie przyjeżdżają, bo podobne atrakcje funkcjonują w innych miastach. Ale muszę dodać, że jesteśmy dumni z jednej rzeczy. Mieszkańcy Poznania, Wrocławia czy Szczecina organizują u nas wieczory kawalerskie i panieńskie!
Zarówno w lokalu, jak i wyjazdowo. W tym obszarze mamy klientów ogólnopolskich. Z jednej strony oczekują oni jezior i natury, a z drugiej atrakcji dodatkowych np. GROT Areny. I tak pocztą pantoflową, poszła wiadomość w eter, że potrafimy zorganizować ciekawe i mocne wydarzenia. To dobra reklama (śmiech).
Dodatkowo przy imprezach firmowych często wchodzę ze swoim psychologicznym know-how i sam oferuję integrację oraz autorskie zabawy na przełamanie lodów. Wtedy też goście mogą zamówić np. moderację na początku wydarzenia. Szczególnie doceniają to liczniejsze grupy np. po 80-100 osób.
– Jaka jest ogólna frekwencja w GROT Arenie?
– Nie prowadzimy statystyk. Na pewno nie ma u nas tak dużego ruchu, jak np. w sali zabaw w centrum miasta, gdzie widać sporą rotację gości. U nas imprezy są bardziej celowane np. po kilkadziesiąt osób dziennie. Dużo zależy od pogody. Gdy mamy upały, to ludzie preferują wyjazd nad jeziora, a gdy jest nieco chłodniej, to odwiedzają GROT Arenę.

– Skąd dziś przychodzi najwięcej klientów – z TikToka, Google, polecenia czy reklam w gazecie?
– Od roku czy dwóch lat obszarem marketingu zajmuje się moja żona. Uczymy się reklamy, lecz najwięcej klientów mamy za sprawą poczty pantoflowej. W rozmowach towarzyskich pojawia się informacja o GROT Arenie. Jeśli chodzi o reklamę online, to staramy się działać w mediach społecznościowych.
Mamy ekipę instruktorów, którzy kręcą rolki, wykupujemy reklamy w sieci, inwestujemy w banery na terenie miasta. Nie widzimy jeszcze realnych korzyści, nie dostrzegamy, że działania stricte reklamowe już przyniosły nam klientów. Wydaliśmy sporo pieniędzy na marketing na FB i na banery, ale nie przyniosło to efektu. Być może nie trafiliśmy jeszcze na agencję, która potrafiłaby to zrobić skutecznie dla nas.
– Ile kosztują bilety wstępu?
– Opracowaliśmy siatkę cenową, w której każda z 9 atrakcji jest inaczej rozliczana. Wynika to z tego, że mamy zróżnicowane koszty związane z obsługą. 10 minut gokartów zaczyna się od 35 zł i im klient dłużej jeździ, tym cena w przeliczeniu na 10 minut jest niższa.
Strzelnicę ASG rozliczamy za magazynki, gdzie jeden magazynek kosztuje 40-45 zł. Paintball laserowy rozliczamy za osobę – 60 zł za godzinę przy bilecie normalnym. VR również zależy od czasu gry – im dłużej się gra, tym korzystniej wychodzi cenowo. Także stawki biletów są różne, zachęcamy do sprawdzania ich na naszej stronie internetowej.

– Nie myśleliście Państwo, aby stworzyć jeden bilet, jak np. w parkach rozrywki, gdzie korzysta się ze wszystkich atrakcji?
– Logistycznie jest to nie do zrealizowania, bo każdą atrakcję rezerwujemy na czas. Jeden klient kupuje 10 minut korzystania z atrakcji, a inny 20 minut. Inaczej korzysta się z siekierowni, a jeszcze inaczej z gokartów. Do tego np. jednemu dziecku spodoba się VR i będzie cały dzień z niego korzystać. (śmiech) To rodzi problem. Dlatego jeden wspólny bilet, by się nie sprawdził. To nie jest tego typu miejsce.
– Czy obecnie bardziej sprzedaje się rywalizacja, adrenalina czy doświadczenia „do Instagrama”?
– U nas przede wszystkim chodzi o emocje, przygodę i integrację. Ważny jest duch rywalizacji. Goście chcą doświadczać i liczą na rozrywkę. Do tego kluczowa jest edukacja nawet w… siekierowni! Dlaczego? Tłumaczymy jak trzymać narzędzie, na czym polega bezpieczeństwo, jak odpowiednio rzucać siekierą. Zanim ktoś zacznie rzucać, powinien się rozejrzeć, sprawdzić, popatrzeć, czy nikt nie stoi w pobliżu. Pomagają w tym przeszkolone osoby. Uczymy zasad „BHP”. Wartość edukacyjna jest nie do przecenienia.
– Jak wygląda prowadzenie centrum rozrywki „od kuchni” i co generuje największe wyzwania: logistyka, sprzęt, finanse, ludzie?
– Największą bolączką jest sprzęt, jego serwisowanie i koszty naprawy. Trudno przewidzieć usterkę, więc te problemy się pojawiają. Kadra pracowników również generuje biznesowe koszty, ale do ludzi podchodzimy w bardziej HR-owy sposób.
Moja żona zbudowała świetny zespół i cały czas go rozwijamy. To fachowcy, osoby empatyczne i wykwalifikowane. Magdalena szybko eliminuje pracowników, którzy są „kwasotwórczy”. Z moją żoną bardzo cenimy sobie dobrą jakość komunikacji i współpracy, partnerskie i dojrzałe relacje, dlatego u nas każdy ma szansę zarabiać więcej niż najniższa krajowa.
Chcemy, aby nasz zespół był dobrze wynagradzany, dlatego biznesowo jest to duży koszt, ale jednocześnie też i duża satysfakcja. Idąc dalej, dużym kosztem jest też utrzymanie lokalu i opłata rachunków za ogrzewanie. Mamy stary, niedogrzany budynek, z dużą powierzchnią i w efekcie z rosnącymi kosztami. Kolejna kwestia – wyzwaniem jest sezonowość…
– …czyli problem z okresami o małym ruchu. Kiedy jest najbardziej odczuwalny?
– Po czterech latach funkcjonowania mamy już tak wypracowany model, że nawet w wakacje nie odnotowujemy strat. Wcześniej zdarzały się różne sytuacje. Najtrudniej jest w połowie grudnia, podczas świąt – to momenty, kiedy frekwencja spada i w GROT Arenie robią się pustki. Na szczęście bardzo dużo organizatorów kolonii i półkolonii korzysta z naszej oferty podczas ferii i wakacji, więc zawsze jest to jakaś forma zrównoważenie deficytów frekwencji.
– Czy lokalna i regionalna konkurencja w branży rozrywki rośnie?
– Jestem zwolennikiem strategii błękitnego oceanu – wypływa się kutrem rybackim wszędzie tam, gdzie koledzy nie łowią. Czasami trzeba płynąć dalej i dłużej. Upraszczając – szukamy czegoś, czego jeszcze na rynku nie ma. Taka była idea, że będziemy uruchamiać nowe atrakcje, unikatowe, takie, które nie istnieją w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. VR już był, ale inne atrakcje GROT Areny jeszcze nie.
Nigdy nie nastawialiśmy się na jeden rodzaj rozrywki. Nawet jeśli VR nie przyniósłby korzyści, to mamy w zanadrzu inne miejsca i rozwiązania. Tym wyróżnikiem GROT Areny jest bogactwo oferty, dlatego nie musimy aż tak bardzo monitorować konkurencji.
– Skąd Państwo wiecie, że dana atrakcja będzie się podobać? To obserwacja emocji klientów, analiza twardych danych, robienie analiz w Excelu?
– Obserwuję, co sprawdza się w innych miejscowościach. Gokarty znajdziemy w każdym dużym mieście, paintball i VR też. To modele, które się sprawdzają. Siekierownię zauważyłem pierwszy raz w USA i od razu przypadła mi do gustu.
Przebywając na wakacjach, obserwowałem, analizowałem i w ten sposób dochodziłem do pomysłów. Badań i tabelek nie robię i nigdy nie robiłem. Nie jestem tego typu przedsiębiorcą. Jesteśmy z żoną bardziej pasjonatami i ryzykantami.
Robimy to, co sprawia nam frajdę. Pieniądze są ważne, ale unikatowość i feedback jest jeszcze ważniejszy. To daje radość i napędza do działania.
– Jakie mają Państwo plany na rozwój GROT Areny?
– Chcemy wykorzystać powierzchnię lokalu do końca, bo zostało nam około 15 proc. wolnego miejsca. Chcemy zoptymalizować przestrzeń. Zastanawiamy się nad elektronicznymi rozrywkami. Nie mamy jeszcze sprecyzowanego planu. Crash room miał powstać, ale odłożyliśmy projekt w czasie.
W tej chwili koncentrujemy się na tym, aby jak najlepiej podzielić powierzchnię, którą dysponujemy. Zastanawiamy się też nad rozszerzeniem przestrzeni na paintball kosztem ograniczenia miejsca kawiarni. Ale wtedy moglibyśmy przyjmować mniej liczne grupy. To dylematy. Najchętniej wybudowalibyśmy budynek od nowa, dwa razy większy, i w efekcie byłoby nam zdecydowanie łatwiej.
Myślimy o tym, co będzie za rok czy za dwa lata. Zastanawiamy się, czy będzie nas stać, aby wybudować obiekt od zera. Ale to czas pokaże. Plany istnieją, ale wiele zależy od zdolności kredytowej i kapitału. Zobaczymy, co przyniesie przyszłość.
Rozmawiał Kamil Lech













