W mojej karierze trzymałem mikrofon w bardzo różnych okolicznościach. Prowadziłem wiejskie dożynki, gdzie energia tłumu mieszała się z zapachem pieczonej kiełbasy. Prowadziłem finały Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, licytacje charytatywne, ale też eleganckie wernisaże, premiery filmów, gale czy jubileusze firm. Teoretycznie – to różne światy. Inny odbiorca, inny język, inny blichtr.

Trzeba tu jednak dodać ważną uwagę. Ktoś, kto całe życie prowadził potańcówki w remizie, może nie udźwignąć gali oscarowej. Ale to działa też w drugą stronę – „ą-ę” konferansjer z telewizji może zostać zjedzony przez energię wiejskiej zabawy. Profesjonalizm w tym fachu polega na tym, by umieć odnaleźć się w obu tych przypadkach. I uwaga – odnalezienie się nie oznacza „równania w dół”. Nie schodzimy z poziomu. Istnieje stara zasada, o której w dzisiejszym marketingowym szaleństwie wielu zapomniało: To scena kształtuje poziom, a nie publiczność. To my, stojąc z mikrofonem, nadajemy ton wydarzeniu i jakość emocji, niezależnie czy stoimy na deskach teatru, czy na klepisku.

Dlatego, czy stoję przed seniorami, osobami z niepełnosprawnościami, czy przed prezesami, stosuję dwie zasady: Jestem sobą i nie buduję bariery. Wielu konferansjerów i animatorów lubi „bezpieczeństwo sceny”. Stoją wyżej, odgrodzeni światłami, i mówią do ludzi. Ja zawsze jestem z ludźmi. Podaję rękę, schodzę w tłum, tańczę z nimi. Dzielę się swoją radością życia i pokazuję: „Hej, tu i teraz możesz się otworzyć, to jest Twój czas i się więcej nie powtórzy. Możesz zdjąć krawat albo maskę powagi. Żyjemy w zgodzie z własnym wewnętrznym dzieckiem”. Paradoks polega na tym, że w parku rozrywki często musimy założyć fizyczną maskę lub kostium, by w końcu odważyć się zdjąć tę niewidzialną maskę, którą nosimy na co dzień – maskę społecznych programów i oczekiwań.

Może cię zainteresować:

Od kilku lat dzięki współpracy z organizatorami Festiwalu Skiercon mam możliwość obserwowania młodych ludzi, którzy często, niczym Batman, muszą założyć maskę, żeby być sobą. Ja mam swoją czapkę. Ona łamie standardy i smutno mi, kiedy ze względów organizacyjnych muszę wyjść na scenę bez niej… ale to się zdarza bardzo rzadko.

Ci młodzi ludzie wchodzą bardzo mocno w swoją postać, nawet się nią stają. Czasami bywa to przerażające, ale to kwestia dystansu. Wielu z nich pokonuje w ten sposób rutynę życia, często przełamuje depresję albo znajduje swoją scenę. To idealne miejsce do poszukiwań naszych przyszłych pracowników.

Skąd to mam? Ta lekcja nie pochodzi ze szkoleń, ale z mojego rodzinnego domu. Moi rodzice są głuchoniemi. Wychowałem się w świecie ciszy, który paradoksalnie był pełen treści. Żeby przekazać im, czym jest muzyka, nie mogłem jej opisać słowami. Musiałem ją z nimi zatańczyć. Musiałem sprawić, by poczuli rytm poprzez wibracje podłogi, poprzez uścisk mojej dłoni, poprzez energię mojego ciała. Wtedy, tańcząc z rodzicami w ciszy, zrozumiałem, że prawdziwa komunikacja to nie słowa. To energia. To jest właśnie „High Touch” w najczystszej postaci.

Tę samą wrażliwość przenoszę do pracy w parku i na scenie. Kiedy odwiedzają nas dzieci niewidome lub niedowidzące, nie mówię: „Zobaczcie”. Mówię: „Dotknijcie”. Oglądamy świat Skrzatów opuszkami palców, fakturą mchu, zapachem drewna. Opowieść staje się namacalna. Dla dziecka w spektrum autyzmu, które boi się hałasu, staję się cichym przewodnikiem, który szanuje jego przestrzeń, zaprasza do wspólnego świata delikatnym szeptem i gestem, a nie krzykiem.

Praca z osobami z niepełnosprawnością intelektualną czy w spektrum nauczyła mnie, że świat, w którym żyjemy my – „normalsi” – to często fikcja. Nasza ocena rzeczywistości wynika z subiektywnej perspektywy, wpojonych programów i schematów, a nie z obiektywnego oglądu. Często wpadamy w pułapkę psychologii tłumu, ulegamy modzie czy stylowi, które ustawiają nas w konkretnej roli. W parku rozrywki musimy być w roli, ale ta rola ma pozwolić zachować nam autentyczność. Maska ma z nas wyzwolić krainę wyobraźni, a nie zamknąć w ryzach scenariusza. I najważniejsze – pozwólmy naszym gościom być tym, kim chcą: od niewidzialnego obserwatora po głównego bohatera wydarzeń. Dajemy możliwość, aktywizujemy, ale nie obarczamy funkcją.

Każde z tych spotkań nauczyło mnie jednego: Autentyczność jest uniwersalnym językiem. Ludzie, niezależnie od statusu majątkowego czy sprawności, mają radar na fałsz. Jeśli wychodzisz do nich jako „Pan Konferansjer” z wyuczonymi formułkami, będą oklaski, ale nie otworzą serc i zabraknie szczerych braw. Jeśli wyjdziesz do nich jako człowiek, który chce się z nimi bawić, który nie boi się śmieszności i patrzy w oczy – duża szansa, że pójdą za Tobą.

Dlatego w moim parku i podczas moich eventów nie ma „stref VIP” oddzielonych kordonem od „zwykłych ludzi”. Wszyscy jesteśmy uczestnikami tej samej baśni. I wiecie co? To działa. Bo w głębi duszy, czy to prezes z miasta, czy rolnik ze wsi, czy dziecko – każdy z nas chce się czuć dobrze zaopiekowanym, obdarowanym prawdziwym, niewymuszonym uśmiechem i miło zaskoczonym. W tej pracy ważna jest kultura osobista, inteligencja i, podkreślam to raz jeszcze, autentyczność.

*”Oklaski są z łaski, a brawa to wielka sprawa”. Zenon Laskowik.

Konrad Dzięcielewski: autor Parku Dolina Skrzatów, scenarzysta, twórca gier miejskich i planszowych. Trener animatorów i twórca koncepcji animacyjnych. Artysta, rzemieślnik. Praktyk z 25-letnim stażem w parkach rozrywki w Polsce i Danii, który swoją drogę zawodową zaczynał od harcerstwa i teatrów improwizacji. Studiował na wydziale Nauk o Wychowaniu na Uniwersytecie Łódzkim. Jego unikalne podejście do animacji jako „Imagineeringu Emocji” wywodzi się z osobistych doświadczeń – wychowany przez głuchoniemych rodziców, stał się ekspertem w komunikacji niewerbalnej i czytaniu emocji odbiorcy. W swojej pracy walczy z bylejakością, promując animację jako sztukę „Ożywiania” relacji i przestrzeni.

Kontakt: skrzatolog@gmail.com